Mija miesiąc…

Mija miesiąc. Mija miesiąc, a ja się trzymam. I to nie jakoś, ale po prostu się trzymam. Choć początkowo wszystko wskazywało na to, że będzie wręcz tragicznie, nie jest i da się żyć. Ale tak, tęsknię za nim. Dziś to nawet bardziej niż bardzo. Zerwałam się o 4 nad ranem, z dziwnym biciem serca i powiedziałam na głos imię Bliźniaka…
Poza tym przez sen miałam wrażenie, że był blisko i mnie dotykał, a rano jak się obudziłam, to czułam na sobie jego dłonie i to wrażenie jego obecności… Uwielbiam to uczucie <3
Na każdym kroku Wszechświat daje mi jakieś znaki. Nie ma dnia, baa, nie ma godziny bez jakiegoś znaku. To jest piękne :)
Aczkolwiek wewnętrznie czuję, że coś się dzieje… Coś w Bliźniaku… Czuję to tak bardzo i jest to na tyle dziwne, że nawet nie umiem ubrać tego w słowa… No cóż. Poczekamy, zobaczymy.

Dziś kochani Was opuszczam na weekend, bo jadę na RODOS ;D Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką :D :D :D
Także niech moc będzie z Wami, a co do ego, to wiecie, karny żółwik i tyle :D

Tak krótko, a tak długo

Wczoraj minęły 3 tygodnie bez Bliźniaka. Po przedwczorajszym bólu głowy, takim, że aż mnie ścięło z nóg, wczorajszy dzień był istnym błogosławieństwem. No, ale co się dziwić. Bliźniak se pozamiatał otoczenie i może być o mnie spokojny :D
Nadal nie wiem dlaczego wydaje mi się, że minęło już strasznie dużo czasu od jego wyjazdu, a przecież to zaledwie kilka tygodni. No i nie wiem czemu jestem codziennie tak mega zmęczona, jakbym nie wiem co robiła w ciągu dnia. Przychodzę z pracy, padam i budzę się w nocy. Czegoś takiego jeszcze nie miałam… Tak jakby ktoś wciskał przycisk OFF i koniec.
Wczoraj włączyła mi się tęsknota, ale zamiast płakać i użalać się nad tym wszystkim, to po prostu mówiłam sobie w myślach, że tęsknię, wysyłałam tą wiadomość we Wszechświat. Mówiłam za czym konkretnie tęsknię. Wymieniłam między innymi jego głos. Bo tęsknię strasznie za tym brzmieniem. I wiecie co? Śniło mi się dziś, że do mnie zadzwonił!
Słyszę dzwonek telefonu, patrzę na wyświetlacz i widzę, że to ON. Chwilę siedzę na łóżku i uśmiechając się z lekkim niedowierzaniem, patrzę. Telefon dzwoni i dzwoni i prawie w ostatnim momencie odbieram. Milczenie, ale wiem, że jest po drugiej stronie, więc milczę z nim. I za chwilę on zaczyna do mnie mówić:
- Nigdy nie chciałem żebyś pomyślała, że mi nie zależy, bo tak naprawdę, to mi zależy…
Zaczęłam się uśmiechać i miałam łzy w oczach. I potem to już nawet nie wiem, co mówił, jakby zmienił język polski, na jakiś inny :D Ale delektowałam się jego głosem i czułam się tak cudownie, że go słyszę. To wszystko było tak realne, że aż nawet teraz wydaje mi się, że jego głos brzęczy mi w głowie :) Kocham jego głos :)

Tęsknię…

Tęsknię. BARDZO. To niepodważalny i niezaprzeczalny fakt. Szkoda, że nie ma żadnego przepisu, jak zwalczyć tęsknotę. Praca? Jaka praca… To nie ten rodzaj tęsknoty, aby go pracą przyćmić. Chyba najbardziej pomaga mi modlitwa, ale to musiałabym się chyba zamknąć w jakimś klasztorze i po prostu modlić się cały czas… A wiadomo, że to awykonalne. Pod tym kątem mój Bliźniak ma zdecydowanie łatwiej. Chociaż kogo ja próbuję oszukać? ;)
Wczoraj przed snem, z jednej z książeczek z modlitwami, na twarz wypadł mi obrazek „JEZU UFAM TOBIE”, popłakałam się… Nie śmiałabym prosić o piękniejszy znak…

Jakoś tak dziwnie mi dziś…

Jakoś tak dziwnie mi dziś… Znowu zaczęłam budzić się w nocy,a właściwie to zrywać się w nocy… Znowu stałam się nadwrażliwa… Wszystko mnie wzrusza…
Dziś jest pełnia księżyca i pewnie wiele rzeczy można właśnie z tym powiązać… Ale na pewno nie wszystko…

Czy Przebudzenie Duchowe może powrócić na nowo? Czy ktoś zna się na rzeczy i powiedziałby coś mądrego w tym temacie? Póki co nie znalazłam żadnej wzmianki o nawrocie tego osobliwego zjawiska… Tzn. o tym, że to może w każdej chwili powrócić. Wszędzie tylko artykuły dotyczące samego wytłumaczenia CO TO i JAK TO ;)

Tęsknię za Bliźniakiem.Wiem, że pewne rzeczy już nigdy nie wrócą, bo wszystko idzie ku temu, aby zastąpiły je inne, lepsze rzeczy. Jego zmiana, moja zmiana… To wszystko jest proces, on się już zaczął. A ile potrwa? Nie wiem…
Chciałabym żeby mnie przytulił i powiedział, że będzie dobrze, że damy radę… Albo żeby choć napisał, że o mnie myśli… Nich choć puści mi sygnałek… Mimo, że wiem, że myśli, to jednak jestem kobietą, a my lubimy mieć czarno na białym… No i proszę bardzo, oto pierwsza łza… Nie… widzę, że moje pisanie dziś się nie uda. A przynajmniej w tej chwili się nie uda…
Nawet radio dziś chce mnie dobić… Właśnie leci piosenka „Nothing’s gonna change my love for you”…

Umieć odkładać to, za czym się tęskni

Włóczykij

 

Chyba mam w sobie coś z Włóczykija…

Nie napisałam nic wczoraj, bo chciałam się odmóżdżyć, zresetować, nie myśleć. Tak, wiem, że jestem naiwna ;) Skończyło się na łzach do poduszki… Czyli, jak zwykle, gdy chcę „się wyłączyć”.
Głowa boli mnie dziś od rana i odczuwam tak bardzo znajomy ciężar na sercu. Wiem, że wystarczyłoby zobaczyć mojego najdroższego choć na chwilę…
I tu właśnie jest ta przepaść między chcieć, a móc. Nie każdy potrafi ją przeskoczyć, nie każdy może ją przeskoczyć. I tak, jak w cytacie powyżej, muszę umieć odłożyć to, za czym tęsknię…

Dobry Boże, nie proszę Cię, byś dał mi łatwą życiową drogę, ale proszę o siłę i światło, bym mogła sprostać trudom tej drogi, na której jestem.

Dziwny dziś dzień

Nie będę ukrywać, że dziś mi jakoś tak dziwnie. 6 dzień bez widzenia się z Bliźniaczym Płomieniem. Tęsknię i nie tęsknię. Wczoraj leżąc w łóżku, poleciało mi kilka łez, a nie byłam smutna wcześniej. Jednak w jednej sekundzie poczułam dziwny żal i smutek. Szepnęłam, że musimy porozmawiać…
Choróbsko uwzięło się na mnie i nie chce odpuścić. Dostałam dodatkowe zwolnienie, więc czekają mnie kolejne dni w łóżku… Nie żebym narzekała na kilka dodatkowych dni leniuchowania ;) Tak więc Majówka w „Łóżkowicach” ;)
Miałam wyjechać do rodziny na chrzciny synka kuzynki, ale JAK ZWYKLE zostałam uziemiona. To naprawdę zadziwiające, że za każdym razem, gdy szykuje mi się wyjazd gdzieś, to wszystko dzieje się tak, że w końcu tam nie jadę. Zupełnie, jakby coś specjalnie nie pozwalało mi stąd wyjechać… To już nie pierwszy raz. Mój ostatni wyjazd na dłużej miał miejsce w zeszłym roku w czerwcu. Było to jedynie 5 dni poza granicami kraju. Aż się dziwię, że ten wyjazd w ogóle się wtedy udał ;)

Jeżeli to naprawdę ostatnie podrygi najtrudniejszej części roku, to cieszę się z tego powodu. Jednak została postawiona dobitna kropka na koniec tego wszystkiego. Aż mnie coś w środku ukuło…

Znikaj zwątpienie, znikaj braku wiary we własne możliwości, znikajcie wszystkie negatywne emocje, znikajcie wszystkie „NIE”, bo nadchodzą „TAK” :)
Pozdrawiam Aleksandrę, której komentarz stał się inspiracją do tego podsumowania :)

Taka sytuacja… Już nie pierwszy raz!

I kolejny raz, kolejny dzień aż prosi się o komentarz ;)
Taka sytuacja. Mama rzuciła hasło „MAZURY”, więc ja od razu pomyślałam „Hmm, fajny pomysł, bo odpocznę (od Bliźniaczego Płomienia) i odmóżdżę się (od spraw związanych z Bliźniaczym Płomieniem)”. Ale znając działanie „systemu”, tak jak szybko to zrodziło się w mojej głowie, tak szybko zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, że to NA PEWNO nie wypali. No i czekałam. Minęło kilka dni i jakoś tak spokojnie, więc myślę, że to podejrzane, no ale czekam dalej. No i cóż, Wypłynęła rewelacja, że mój Bliźniaczy Płomień prawdopodobnie nas opuści za kilka miesięcy. Zaczęła mnie boleć głowa i gardło, ale zwaliłam to na płacz. Jednak nic z tych rzeczy, bo we wtorek poczułam się gorzej…
-No i masz! Myślałaś o tym,że coś wydarzy, więc się doigrałaś! -pomyślałam.
Wracając wczoraj wieczorem do domu, nie dość, że czułam, że mój Bliźniaczy Płomień NIE CHCE, ABYM WYJEŻDŻAŁA GDZIEKOLWIEK (żadna mi nowość), to jeszcze dopadł mnie znajomy ból wywodzący się z mego wnętrza… Prawie identyczny, jak ból z lipca, kiedy to mój Bliźniak sobie „poleciał w kosmos” i tyle go widziałam… Idę chodnikiem i już łzy w oczach… DO DOMU, SZYBKO DO DOMU! -pomyślałam. Po schodach prawie wbiegłam, drzwi otwierałam, jakby się paliło, a gdy je za sobą zamknęłam, rozpłakałam się, opierając się głową o lustro w przedpokoju. Tysiąc pięćset, sto osiemset emocji i myśli na minutę i ten cholerny ból wewnątrz. Znowu!
-Nie, nie, nie! Boże, nie rób mi tego! Pomóż mi, bo zwariuję!
Zdjęłam kurtkę, zdjęłam buty i poszłam do pokoju. Wdech, wydech, wdech, wydech. Mam to opanowane do perfekcji. Dobra, przeszło trochę, ale łzy w oczach mam nadal.
-No dobrze, to rozmrożę lodówkę -stwierdziłam, jakby miało mi to pomóc w zapomnieniu o tym, co mi w głowie siedzi.
Biorę telefon, dzwonię do mamy:
-No cześć, właśnie zabrałam się za rozmrażanie.
-Dobrze, a wyłączyłaś ją najpierw?
-Mamo…
-No co, no… Dobra, zadzwoń jeszcze później i powiedz, jak Ci idzie.
-Ok. A tak w ogóle to mój wyjazd na Mazury stoi pod znakiem zapytania, bo coś zaczyna mnie brać…
-O masz, no to ładnie… Ale zapomniałam Ci powiedzieć, że w ten weekend na pewno nie pojedziemy, bo musimy pozałatwiać sprawy.
To, co nagle zaczęło się we mnie w środku dziać, przeszło samo siebie. Dosłownie karnawał w Rio z radości! :D
-Poważnie?
-No tak.
-No to dobrze w sumie się składa, bo mnie bardziej nie zawieje :D
-No właśnie :)
Jeszcze chwilkę pogadałyśmy, a gdy się rozłączyłam, to z tego zacieszu prawie podskoczyłam pod sam sufit :D
Dopiero, co chciałam jechać, wyrwać się stąd, a teraz gdy się dowiedziałam, że jednak nie jedziemy, ja jestem bardziej szczęśliwa niż z powodu wizji wyjazdu. Czy to wszystko trzyma się kupy? Nie, kompletnie nie. Nie ma w tym ani krzty logiki.
To już nie pierwsza taka sytuacja, że coś pokrzyżowało mi plany, gdy chciałam gdzieś wyjechać… I nie wiem, jakim cudem udało mi się w zeszłym roku wyrwać na pięć dni poza granicę Polski i nawet na tym „nie ucierpiała” moja głowa ;) W sumie, to całe to kino z bólami głowy i nie tylko, podczas naszych rozstań zaczęło się na dobre w lipcu i tak trwa. Każde nasze nie widzenie się dłużej niż trzy dni = bóle głowy. Każdy nasz wyjazd daleko od siebie = dziwny ból w ciele + bóle głowy. Do czego mogę porównać ten ból? Hmm, odczuwam go tak, jakby ktoś próbował na siłę coś mi ze środka wyrwać, wydrzeć. Poza tym żaden inny znany mi ból nie boli tak, jak właśnie ten ból. Co prawda jeszcze nie rodziłam, ale skoro ten ból przebija wszystkie znajome mi bóle razem wzięte, to podejrzewam, że ten porodowy też przebije. Ale to potwierdzę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawi się ALEKSANDRA ;)

P.S. Gdy wracałam wczoraj do domu z pracy, przede mną w tramwaju siedział mężczyzna i czytał książkę… Spojrzałam na jej kawałek i czytam: „Dajmy Bogu trochę więcej czasu…” Czy to nie piękny znak? Oczywiście, że piękny :)

DZIĘKUJĘ.