Opowiastka o duszach

„Przy okrągłym stole zasiadały dusze i wybierały dla siebie temat następnej lekcji. Najbardziej odważna i najsilniejsza dusza wstała i oznajmiła:
- Tym razem wybieram się na Ziemię, żeby nauczyć się wybaczać. Kto mi w tym pomoże?
Dusze współczująco i z pewnym niepokojem spojrzały na nią i wszystkie na raz zaczęły mówić:
- To jedna z najtrudniejszych lekcji… Może ci nie starczyć jednego życia… Będziesz cierpieć… Bardzo ci współczujemy… Możesz sobie nie poradzić… Kochamy cię i będziemy cię wspierać…
Jedna z dusz powiedziała:
- Jestem gotowa ci towarzyszyć na Ziemi i pomóc się uczyć. Zostanę twoim mężem, a wszystkie problemy w naszym związku będą przeze mnie, ty zaś będziesz uczyć się wybaczenia.
Druga dusza westchnęła:
- A ja będę jednym z twoich rodziców, zapewnię ci trudne dzieciństwo, następnie będę wtrącać się do twojego życia i przeszkadzać ci, a ty będziesz się uczyć mi wybaczać.
Trzecia dusza obiecała:
- Ja będę twoim szefem i często będę cię traktować źle, z góry i niesprawiedliwie, żebyś mogła doskonalić się w wybaczaniu…
Kilka innych dusz również zgodziło się na to, by w określonym czasie spotkać się z nią i pomóc w nauce.
Każda dusza wybrała zatem temat własnej lekcji. Dusze podzieliły się rolami, opracowały wzajemnie powiązany plan życia, w którym każda z nich miała pomóc innej w nauce, a następnie udały się na Ziemię.

Jednak taka jest specyfika nauczania dusz, że w chwili narodzin ich pamięć się oczyszcza. I tylko nieliczne domyślają się, że wydarzenia nie są przypadkowe, a każdy człowiek pojawia się w życiu właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebujemy lekcji, którą ze sobą niesie…”

Źródło: https://www.facebook.com/Po.Pierwsze.Ludzie

Przebaczenie

Nie od dziś wiadomo, że przebaczyć jest strasznie trudno. Bo jak tu przebaczyć komuś kto skrzywdził nas aż do głębi? Kto złamał nas, kto złamał nasze serce… No właśnie, JAK? Nie wiedziałam tego przez ponad 20 lat i tak pielęgnowałam w sobie ten ból. Lata mijały, kolejne życiowe sytuacje przynosiły kolejne krzywdy, które odbijały się na psychice. Krzywdziłam ja i krzywdzono mnie. Nigdy nie przebaczałam. Zawsze ze złością powtarzałam w myślach „jeszcze mnie popamiętasz…”. I tak kumulowałam w sobie tą całą złość. Było coraz ciężej i ciężej. Wiem po sobie, że nieważne jak bardzo człowiek jest twardy, nieczuły na otoczenie i jak to dziś ludzie mawiają, mają wy***ane, bo tak naprawdę wcale tak nie jest. I teraz tłumy się oburzą, obśmieją się, zwyzywają mnie od idiotek albo gorzej i oplują sobie jeszcze brodę na skutek tej soczystej mowy. A potem przyjdzie wieczór, noc, a z nimi czas refleksji. I poczujesz, że nie masz racji w wielu sprawach i że jest Ci z tym źle. Pójdziesz spać, nadejdzie ranek. Obudzisz się pamiętając dzień wczorajszy, ale zamiast wdrożyć w życie swoje prawidłowe przemyślenia, Ty wrócisz do starych nawyków. I nie przebaczysz choćby nie wiem co. I tak w kółko. I zamiast cieszyć się z życia, Ty będziesz dalej trzymał się przeszłości i tego, że ktoś tam, kiedyś tam, coś Ci tam. Zadaj sobie pytanie, czy warto pielęgnować w sobie urazę i czy warto pozwalać przeszłości wchodzić z butami w teraźniejszość i przyszłość…
Byłam kiedyś dokładnie taką osoba, jaką Ty dziś jesteś. Zawistna… Oko za oko…itd. itp. Ponadto miałam na wszystko wy***ane. Taka dumna i nie do złamania. A tak naprawdę byłam strasznie miękka, zraniona w środku i bezbronna. To co naprawdę mnie bolało, nigdy wcześniej nie wyszło z moich ust. Zawsze skrywałam to na dnie serca, zaprzeczając samej sobie. Dopiero po latach wyszło na jaw, że moją największą bolączką, tym co miało wpływ na całe moje życie, na relacje z otoczeniem, na związki, na mnie samą… był brak ojca.
Mój biologiczny ojciec zostawił mnie i moja mamę, gdy byłam malutka. Nie pamiętałam go, nie pamiętałam nic. W moim życiu jednak był mężczyzna, którego uważałam za tatę i tak też do niego mówiłam, ale prawdy, że nim nie jest, dowiedziałam się dopiero w wieku 8 lat. Mój świat runął… „Mój tata” nie był „moim tatą”, a jedynie tatą brata. Nie rozumiałam z tego nic. To w ogóle był taki dziwny czas dla mojej rodziny. Wtedy to właśnie pojawił się mój biologiczny ojciec i gdy myślałam, że wszystko się ułoży… zepsuło się jeszcze bardziej. Znienawidziłam go totalnie. Ja żyłam tą nienawiścią! Zawsze powtarzałam, że życzę mu najgorszego i że jeśli spotkam go w ciemnej uliczce, to on żywy stamtąd nie wyjdzie… „Tatuś” w kolejnych latach zadzwonił kilka razy. Nie mniej niż raz i nie więcej niż 5… W międzyczasie dowiedziałam się, że będę mieć przyrodnie rodzeństwo, bo jakaś pani zadzwoniła do mnie, mówiąc, że jest z nim w ciąży. Powiedziałam jej wtedy tylko, iż mam nadzieję, że on zrozumie znaczenie słowa OJCOSTWO i że dla tego dziecka będzie takim ojcem, jakim dla mnie nigdy nie był. Poprosiłam również o nie dzwonienie już nigdy do mnie. Nie zadzwoniła, a ja w końcu nie wiem, czy mam brata, czy siostrę. A chciałabym wiedzieć… Dziś już tak.
Bardzo długo pielęgnowałam w sobie uczucie nienawiści do ojca. Za każdym razem pytana o to, czy mu przebaczę, odpowiadałam, że NIGDY. W ogóle nie było takiej opcji, że mogłabym mu przebaczyć… Do czasu… Gdy w moim życiu pojawił się mój Bliźniaczy Płomień, zaczęłam przebudzać się duchowo. BARDZO zbliżyłam się do Boga i teraz nie wyobrażam sobie, że w moim życiu mogłoby zabraknąć modlitwy, czy choćby zwykłej rozmowy z Nim. W kościele słuchałam tych wszystkich czytań i z każdym dniem coraz bardziej byłam przekonana o tym, że to wszystko jest tak piękne i że Jezus jest po prostu fantastyczny. Zapragnęłam być taka jak on – MIŁOSIERNA. On umiał kochać i przebaczyć nawet największym grzesznikom. Ja też tak chciałam. Zaczęłam to wdrażać we własne życie i obserwowałam, jak bardzo zmienia się mój świat. Gdy dajesz dobro, ono potem do Ciebie wraca. Czasem nawet ze zdwojoną siłą! Stare urazy zaczęły odchodzić w zapomnienie, a moje dobre serce zaczęło dawać ludziom szansę. Nauczyłam się okazywać miłosierdzie! :) Zaczęło być mi tak lekko, tak cudownie. Pozbywałam się nadbagażu negatywnych emocji i zastępowałam je tym co dobre i piękne.
Kilka miesięcy minęło zanim poszłam do spowiedzi i wzięłam komunię. Moja spowiedź po latach nie była taka typowa, w konfesjonale. Po prostu poszłam do zaufanego księdza, usiedliśmy przy zwykłym stoliku i zaczęłam mówić. On nie naciskał na mnie z niczym. Pozwalał mi mówić, wyrzucać z siebie to, co leżało mi na sercu. Bez paplania wyuczonych na pamięć regułek. Stał się kimś w rodzaju przyjaciela, powiernika tajemnic. I tak mówiłam i mówiłam i nagle ze łzami w oczach powiedziałam to…
-Wszystko dlatego, że tak naprawdę ZAWSZE brakowało mi ojca!
Wypowiedziawszy to, łzy jednak całkiem popłynęły, a ja poczułam ulgę. Niewiarygodną ulgę! Jakby ktoś wyciągnął mnie spod głazu, którym byłam przygnieciona.
Wyrzuciłam z siebie to, co od lat padało cieniem na całe moje życie i odetchnęłam. Wybaczyłam ojcu, osobie, która zraniła mnie najbardziej na świecie. Wybaczyłam, że nie było go w moim życiu. Wybaczyłam sobie, że byłam taka na niego zła. Dziś chciałabym się dowiedzieć DLACZEGO był taki, jaki był. I chciałabym zapytać, czy w moje urodziny i w inne święta myślał o mnie… Czy myślał np. „Kurczę, mógłbym dziś być z moją córką i widzieć, jak się cieszy”.
Jakiś czas temu powiedziałam mamie, że wybaczyłam ojcu. Powiedziałam jej wszystko, co kryłam w sobie przez lata. To, że tęskniłam za powiedzeniem do kogoś TATO. Spodziewałam się reakcji typu „przestań, było, minęło”, a tymczasem moja mama się rozpłakała, mówiąc, że ma do siebie żal, że zgotowała mi i bratu takie życie, z takimi ojcami… Rozumiałam ją, bo też miałam o to żal przez wiele lat… Ale teraz już jest inaczej i powiedziałam:
-Mamo, wybaczyłam Ci.