Przekaz na dziś i najbliższe tygodnie

Today marks the start of a few very difficult weeks to come as Mercury moves into Scorpio, the sign that stirs up troubles deep inside of you. This is one of Mercury’s most challenging placements, but it can also be the most transformational!

It’s like the caterpillar struggling to become a butterfly — the struggle gives strength to the wings so they can fly. Confronting your old hurts and hang-ups now gives you a profound opportunity to heal and grow. It’s time to… LET IT GO.

Dzisiejszy dzień odznacza się początkiem nadejścia kilku bardzo trudnych tygodni, bowiem Merkury przechodzi do Skorpiona, znaku, który mieli problemy głęboko w Tobie. To jest jedno z bardziej wymagających ulokowań Merkurego, ale takie, które może być też najbardziej przemieniające!

Tak, jak gąsienica walczy, aby stać się motylem — walka daje siłę skrzydłom, aby mogły latać. Skonfrontowanie się ze swoimi starymi zranieniami i kompleksami daje Ci całkowitą możliwość do uzdrowienia i wzrastania. To jest czas, aby… PUŚCIĆ TO.

Źródło: Tarot.com

Jakie to uczucie?

Szkoda, że nie mogłeś siebie dziś widzieć. Wyglądałeś jak ten słodki mopsik. Takie miałeś spojrzenie, gdy wychodziłam… A swoją drogą, jakie to uczucie widzieć mnie wychodzącą? Wiem, że byłeś pewien, że zostanę, a tu taki zonk – wyszłam. A gdy szerokim łukiem omijałam Twoje spojrzenia? Jakie to uczucie? Jakie to uczucie być ofiarą mojej obojętności? No jakie? Pewnie takie samo, gdy ja tego doświadczam od Ciebie. Czułeś ból, niepewność, a w Twojej głowie było tysiąc myśli na minutę, prawda? Nie wiedziałeś co się dzieje, BAŁEŚ SIĘ, że coś się zmieniło, prawda? Że przestałam Cię kochać… Ale w głębi serca dobrze wiesz, że nie przestałam i nigdy nie przestanę.

Ty cholerny szczęściarzu!

Kocha Cię kobieta, która odnalazła dzięki Tobie Boga, która wie, że Bóg mieszka w Tobie. Bóg i Ty jesteście największymi miłościami tej kobiety. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? Czy wiesz co masz? Czy wiesz, że MASZ WSZYSTKO?

Kobieto! Puchu marny!

Kobieto! Puchu marny! …
Ach, jakie to prawdziwe i jakie o mnie! Puchem marnym jestem przy moim Bliźniaczym Płomieniu, ale oczywiście nie w złego tego słowa znaczeniu. Bynajmniej. Dopiero przy nim czuję się kobietą. Małą, kruchą, bezsilną istotą, która może liczyć na jego wiedzę i silne ramię. Dopiero przy nim mogę opuścić gardę i nie muszę walczyć ze złem tego świata, bo wiem, że on będzie walczył za mnie i zawsze mnie obroni. Przy nim mogę wziąć głęboki wdech i poczuć świeże powietrze w płucach. Przy nim mogę poczuć się jak księżniczka a nie jak rycerz broniący dóbr. Jest jak potężny, wiekowy dąb, przy którym mogę wreszcie odpocząć po długiej wędrówce, chroniąc się w cieniu jego majestatu. Jest jak źródło, z którego mogę pić, w którym mogę się cała zanurzyć. Jest jak pyszna strawa, której dane jest mi skosztować po latach życia jedynie o wodzie i chlebie. Jest jak wielka księga, z której mogę czerpać mądrości życiowe i codziennie odnajdywać coś nowego, czytając wers po wersie. On jest moją bezpieczną przystanią, do której w końcu dopłynęła zbłąkana łódeczka mojego jestestwa.

Pomyśl czasem

Poza faktem, że na cielesny związek z Bliźniaczym Płomieniem nie za bardzo można liczyć (jeśli jest do przepracowania bardzo dużo karmy z poprzednich wcieleń), to pojawienie się jego w naszym życiu przynosi same pozytywne zmiany. Te zmiany zachodzą w NAS, a co za tym idzie, zaczynamy inaczej postrzegać otaczający nas świat. Jednym z takich aspektów jest na pewno to, że stajemy się bardziej wyczuleni na wszystko. Na krzywdę innych, na piękno, na wszelkie emocje. Dodatkowo ja po sobie widzę, że mimo całej tej magicznej otoczki związanej z Bliźniaczymi Płomieniami, zaczęłam rozmyślać dosłownie o wszystkim. Myślę, weryfikuję, rozważam wszelkie ZA i PRZECIW. Nie rzucam się z motyką na słońce, jak zakochana małolata. Często myślę CO BY BYŁO GDYBY, staram się stawiać w sytuacji osób, które bezpośrednio lub pośrednio będą odbiorcami moich decyzji i poczynań. Przestałam być cholerną egoistką, która nie widzi nic poza czubkiem swojego nosa. Ale to nie jest tak, że całkiem zrezygnowałam ze swojego szczęścia. Właśnie NIE. Poprzez moje działania, poprzez MYŚLENIE, już mnóstwo razy uniknęłam niezręcznych momentów, po których albo ja albo ktoś inny, czułby się niefajnie.
Kiedyś nie przebierałabym w słowach i nie patrzyłabym na to, czy kogoś ranię, czy nie. Kiedyś by mnie to nie obchodziło. Dziś jestem jedynie pozytywnie szczera i jeśli kogoś krytykuję za coś, to konstruktywnie. Wcale nie chcę dołować, ale chcę być lustrem, żeby taka osoba dzięki mnie zobaczyła siebie w prawdziwym, a nie w sztucznym świetle. Inne osoby pogłaszczą ją po główce mówiąc, że „ojej, no tak, jesteś taka biedna/biedny”, a ode mnie dostanie „kopa w tyłek” na rozpęd ku dobrej życiowej drodze.
Po wszystkich swoich przejściach Bliźniacze Płomienie robią się „twarde”, a jednocześnie bardziej wrażliwe niż ktokolwiek inny na świecie. Przemawia przez nie miłość i bardzo razi, gdy w kimś jest dużo „zgnilizny”. A najgorsze jest to, że ludzie, w których ona zalega ZAWSZE będą chcieli podciąć skrzydła Bliźniaczym Płomieniom. Szczęście Bliźniaczych Płomieni „boli” niektóre osoby, a szczególnie takie, które dobrze wiedzą, że są „w czarnej dupie”. Takie osoby na każdym kroku będą starały się zaprzeczać Bliźniaczym Płomieniom i będą się zachowywały, jakby pozjadały wszystkie rozumy. Wiem, że takie osoby, tak naprawdę nie są złe, a ich intencje wcale nie mają na celu dobicie kogoś. Takie osoby mają po prostu taki mechanizm obronny. Myślą „nie umiem sobie poradzić z własnym życiem, to wykręcę kota ogonem i będzie OK”. A gucio prawda, bo nie będzie OK! Oczywiście z Tobą i Tobie nie będzie OK, bo my Bliźniacze Płomienie uśmiechniemy się pod nosem i nie będziemy kontynuować dalej rozmowy z taką osobą, podczas gdy ta osoba zafuka się, zezłości i na dodatek będzie myśleć, że to ona jest górą. A prawda jest całkiem inna. Nie masz racji, a Twoje zamierzenia z podcinaniem nam skrzydeł nie przyniosą Ci żadnych pozytywnych efektów. Skąd wiem, że nie masz racji? A spójrz na swoje życie i powiedz, co widzisz? Pasmo powodzeń, szczęścia, radości i dobra, czy może raczej pasmo niepowodzeń, złych decyzji i łez? Gdzie teraz jesteś, w jakim punkcie swojego życia? Jesteś zadowolony z tego kim jesteś i co osiągnąłeś? No właśnie. A wystarczyło jedynie POMYŚLEĆ zanim podjęło się pewne decyzje. Myślenie nie jest złe. Polecam tego spróbować ;)
Łatwo jest zgrywać bohatera za dnia, a potem płakać w poduszkę pod osłoną nocy. Wiem, bo już kiedyś to przerabiałam. Gdy zmieniłam siebie, jestem bohaterką cały czas, bo wieczorem kładę się z poczuciem, że zrobiłam coś dobrego, że wspaniale przeżyłam kolejny dany mi dzień. A Ty co wygrałeś dla siebie? „Pięciominutową” satysfakcję? Przestań, wiem, że stać Cię na więcej!

Jak grochem o ścianę…

Chciałam dziś napisać o czymś innym, ale niestety wydarzenia wczorajszego dnia aż się proszą o komentarz.
Wiecie jak powinna brzmieć zasada Nr.1 odnośnie mówienia o Bliźniaczych Płomieniach?
NIGDY NIE DYSKUTUJ O BLIŹNIACZYCH PŁOMIENIACH Z OSOBĄ, KTÓRA TEGO NIE PRZEŻYŁA!
Właśnie tak. Już kolejny raz się o tym przekonałam na własnej skórze. Ludzie, którzy znają tylko zwykłe związki, zwykłe relacje damsko-męskie, niestety nie są w stanie ogarnąć potęgi tej miłości. Ile razy by się mówiło, tłumaczyło, zawsze będzie to na zasadzie „jak grochem o ścianę”. Takie osoby zawsze będą kwestionować wszystko, co ktoś znający się na rzeczy, powie. Zawsze będzie „a dlaczego tak myślisz?”, „dlaczego tak mówisz?”, „a skąd wiesz, że jest właśnie tak?”. A no bo qrde wiem! To kolejna rzecz, której inni nie zrozumieją. Bliźniacze Płomienie porozumiewają się telepatycznie, czytają sobie w myślach, odbierają swoje uczucia i emocje, jak radary. To jest nieprawdopodobne, ale tak jest. Kiedyś pewnie sama bym w to nie uwierzyła, ale ponieważ tego doświadczyłam, to o tym mówię.
Zawsze staram się wszystko jak najlepiej zobrazować i na szczęście większość wtajemniczonych w moją sytuacje ludzi rozumie ją I CHWAŁA IM ZA TO. Te osoby przy mnie są i po prostu wspierają każdą moją decyzję, mówiąc, że jakiekolwiek kroki podejmę, są ze mną. Tego właśnie mi trzeba. Nie gdybają, a co jeśli to, a co jeśli tamto. W żaden sposób nie próbują na mnie wpłynąć, ani pchać mnie w coś czego nie jestem pewna, tak samo zresztą, jak nie odradzają mi, gdy ja już się na coś zdecydowałam, bo wiedzą, że to nie oni są w tej sytuacji. A co najważniejsze, nie porównują mojej relacji z Bliźniaczym Płomieniem do żadnego przyziemnego związku, czy uczucia. Szanują to, że tak naprawdę wszystko w takiej relacji żyje własnym życiem i nie należy nic przyspieszać i naciskać na szybszy rozwój wydarzeń. TO TAK NIE DZIAŁA.
Za kilka miesięcy mój Bliźniaczy Płomień może zniknąć z mojego fizycznego życia na zawsze i mogę go już nigdy nie spotkać. Jeśli tak się stanie, a ja do tego czasu nie dostanę żadnego znaku, że mam iść z nim szczerze porozmawiać, to nie zrobię tego i zostawię wszystko tak, jak jest. Widocznie TAK MA BYĆ i jest nam to potrzebne do dalszego rozwoju nas samych, gdyż tak naprawdę właśnie to w relacji Bliźniaczych Płomieni jest najważniejsze – swój własny rozwój, a nie zespolenie cielesne z ukochaną osobą. Oczywiście to nie znaczy, że nie chciałabym, aby był ze mną, jak mężczyzna z kobietą, bo bardzo bym chciała. Bardzo bym chciała dać mu to wszystko, co kobieta daje ukochanemu mężczyźnie i tak samo chciałabym dostać to, co dostaje ukochana kobieta od mężczyzny. Ale wszelkie takie pragnienia stały się dla mnie drugoplanowe, a najbardziej na świecie chcę go po prostu KOCHAĆ. Chcę go wspierać w tym co robi i radować się codziennie z faktu, że Bóg mi go dał i że w taki fantastyczny sposób zostało przewartościowane i odmienione moje życie. Nie chcę mu nic nakazywać, ani zmuszać do niczego, bo do wielu spraw musi sam dojrzeć. Tak jak ja. On był tym bodźcem, który we mnie obudził tą całą miłość i to wszystko i tak samo ja dla niego tym jestem, ale każdy ma swój własny czas, w którym dojrzeje i nikt oprócz Boga nie ma na to wpływu. Co z tego, że pójdę do niego i mu powiem, „Wiesz, kocham Cię, a Ty mnie, bo jesteśmy Bliźniaczymi Płomieniami”. Jeśli on w tym momencie nie będzie na to gotowy, to tego nie ogarnie! Do tej pory są jedynie podchody, widzę, że chce porozmawiać, ale się waha, a jeśli się waha, to znaczy, że nie jest do końca gotowy i pewny! Proste i logiczne.
Moja sytuacja z Bliźniaczym Płomieniem jest podwójnie trudna, bo do tego wszystkiego on jest jeszcze księdzem. Osobą, która z punktu widzenia wielu ludzi „nie ma prawa” zakochać się w kobiecie. Ma służyć tylko Bogu, koniec i kropka. I nagle co, chłopak ma „ułożone” życie i pojawiam się JA i wszystko się zmienia. Wszystko w co do tej pory wierzył, znika. Wszystko wywraca się do góry nogami. On nie może się z tego wszystkiego zwierzyć komuś od tak sobie, na luzie, jak ja. On wiele rzeczy musi zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Czuje ze mną więź, wie, że jestem mu bliska, ale jednak nic konkretnego nie robi. To jest też dla mnie jakiś sygnał o braku jego gotowości do działania. Prawie codziennie widzę, jaką walkę ze sobą toczy, odbieram jego emocje, słyszę myśli. To wszystko dla Was jest niezrozumiałe, ale dla mnie to codzienność. Nauczyłam się z tym żyć, nauczyłam się czekać, nauczyłam się być cierpliwa. To właśnie cierpliwość jest kluczem do sukcesu w tym wszystkim.
Jeśli Bóg zadecyduje, że trzeba nas jeszcze rozdzielić, OK. Tak, będzie mi przykro i na pewno nie raz w oczach pojawią się łzy, bo nikt z kamienia nie jest. Ale zrobię wszystko żeby ten smutek zagłuszyć i żeby jak najwięcej miłości i światła wysyłać z mojego serca do serca mojego Bliźniaczego Płomienia. Dzięki mojej sile i dzięki Bogu przetrwamy wszystko!

„Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci – jest Twoje. Jeśli nie – nigdy Twoje nie było.”

Cierpliwość

„Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie.”
~ Jean-Jacques Rousseau

Zobaczyłam dziś ten niezwykle mądry cytat i od razu pomyślałam, że muszę napisać o cierpliwości, jakiej uczy relacja z Bliźniaczym Płomieniem.
W zwykłych związkach wszystko dzieje się szybko. Już, teraz, natychmiast. Pierwsze spotkanie, kilka randek albo i nie, chwila, moment i już pocałunki, sex itd. W związkach Bliźniaczych Płomieni tak nie jest. Tu na początku jest przede wszystkim SZOK, że pierwszy raz widzisz kogoś na oczy, a masz wrażenie, że znasz tą osobę i czujesz, że ją kochasz. Taki szok może trwać dobrych kilka miesięcy, a nawet i lat. I mimo, że najchętniej byś się zapytał, czy obiekt Twojego uczucia, czuje tak samo, to jednak czekasz i obserwujesz dalszy rozwój wydarzeń. Czekasz i czekasz i tak naprawdę nic się nie dzieje, ale dzieje się dosłownie wszystko. Zmieniasz się TY i TWOJE postrzeganie świata. Zmieniają się różne nawyki, przyzwyczajenia. Nic już nie jest takie, jakie było przed spotkaniem Bliźniaczego Płomienia. Nagle zaczynasz rozumieć, że ani foch z przytupem, ani obraza majestatu nie podziałają, gdy czegoś bardzo chcesz. I niby możesz wszystko, ale tak naprawdę, to nie możesz NIC. Nie możesz wpłynąć na swój Bliźniaczy Płomień, nie możesz mu nakazać, żeby się szybciej przebudzał, bo Ty już tu wytrzymać nie możesz. I mimo,że aż Cię skręca w środku, to wiesz, że jedynym sposobem na to wszystko jest cierpliwość. Ona sobie spokojnie w Tobie kwitnie i umacnia się z każdym dniem takiego czekania. I pewnego dnia łapiesz się na tym, że nadarza Ci się okazja wprost idealna do porozmawiania z Twoim Bliźniaczym Płomieniem, ale nie robisz nic i to nie dlatego, że nie chcesz albo coś, ale dlatego, że wiesz, że czujesz, że to nie ten moment jeszcze i że nie możesz nic przyspieszać. Cierpliwość zaczyna brać górę, a Ty nagle odkrywasz, jak bardzo cierpliwym człowiekiem jesteś.
Dzięki Twojej cierpliwości wszystko zaczyna przynosić pozytywne skutki. Twoja cierpliwość wobec siebie, wobec innych, a w tym wobec Twojego Bliźniaczego Płomienia nagle staje się nieskończona, bezkresna. A potem zatrzymujesz się na chwilę, łapiesz oddech, spoglądasz „za siebie” i nie dowierzasz, że dałeś radę. Że jesteś już tak daleko od tego co było, a tak blisko tego co będzie.
Miłość cierpliwa jest…

Przebaczenie

Nie od dziś wiadomo, że przebaczyć jest strasznie trudno. Bo jak tu przebaczyć komuś kto skrzywdził nas aż do głębi? Kto złamał nas, kto złamał nasze serce… No właśnie, JAK? Nie wiedziałam tego przez ponad 20 lat i tak pielęgnowałam w sobie ten ból. Lata mijały, kolejne życiowe sytuacje przynosiły kolejne krzywdy, które odbijały się na psychice. Krzywdziłam ja i krzywdzono mnie. Nigdy nie przebaczałam. Zawsze ze złością powtarzałam w myślach „jeszcze mnie popamiętasz…”. I tak kumulowałam w sobie tą całą złość. Było coraz ciężej i ciężej. Wiem po sobie, że nieważne jak bardzo człowiek jest twardy, nieczuły na otoczenie i jak to dziś ludzie mawiają, mają wy***ane, bo tak naprawdę wcale tak nie jest. I teraz tłumy się oburzą, obśmieją się, zwyzywają mnie od idiotek albo gorzej i oplują sobie jeszcze brodę na skutek tej soczystej mowy. A potem przyjdzie wieczór, noc, a z nimi czas refleksji. I poczujesz, że nie masz racji w wielu sprawach i że jest Ci z tym źle. Pójdziesz spać, nadejdzie ranek. Obudzisz się pamiętając dzień wczorajszy, ale zamiast wdrożyć w życie swoje prawidłowe przemyślenia, Ty wrócisz do starych nawyków. I nie przebaczysz choćby nie wiem co. I tak w kółko. I zamiast cieszyć się z życia, Ty będziesz dalej trzymał się przeszłości i tego, że ktoś tam, kiedyś tam, coś Ci tam. Zadaj sobie pytanie, czy warto pielęgnować w sobie urazę i czy warto pozwalać przeszłości wchodzić z butami w teraźniejszość i przyszłość…
Byłam kiedyś dokładnie taką osoba, jaką Ty dziś jesteś. Zawistna… Oko za oko…itd. itp. Ponadto miałam na wszystko wy***ane. Taka dumna i nie do złamania. A tak naprawdę byłam strasznie miękka, zraniona w środku i bezbronna. To co naprawdę mnie bolało, nigdy wcześniej nie wyszło z moich ust. Zawsze skrywałam to na dnie serca, zaprzeczając samej sobie. Dopiero po latach wyszło na jaw, że moją największą bolączką, tym co miało wpływ na całe moje życie, na relacje z otoczeniem, na związki, na mnie samą… był brak ojca.
Mój biologiczny ojciec zostawił mnie i moja mamę, gdy byłam malutka. Nie pamiętałam go, nie pamiętałam nic. W moim życiu jednak był mężczyzna, którego uważałam za tatę i tak też do niego mówiłam, ale prawdy, że nim nie jest, dowiedziałam się dopiero w wieku 8 lat. Mój świat runął… „Mój tata” nie był „moim tatą”, a jedynie tatą brata. Nie rozumiałam z tego nic. To w ogóle był taki dziwny czas dla mojej rodziny. Wtedy to właśnie pojawił się mój biologiczny ojciec i gdy myślałam, że wszystko się ułoży… zepsuło się jeszcze bardziej. Znienawidziłam go totalnie. Ja żyłam tą nienawiścią! Zawsze powtarzałam, że życzę mu najgorszego i że jeśli spotkam go w ciemnej uliczce, to on żywy stamtąd nie wyjdzie… „Tatuś” w kolejnych latach zadzwonił kilka razy. Nie mniej niż raz i nie więcej niż 5… W międzyczasie dowiedziałam się, że będę mieć przyrodnie rodzeństwo, bo jakaś pani zadzwoniła do mnie, mówiąc, że jest z nim w ciąży. Powiedziałam jej wtedy tylko, iż mam nadzieję, że on zrozumie znaczenie słowa OJCOSTWO i że dla tego dziecka będzie takim ojcem, jakim dla mnie nigdy nie był. Poprosiłam również o nie dzwonienie już nigdy do mnie. Nie zadzwoniła, a ja w końcu nie wiem, czy mam brata, czy siostrę. A chciałabym wiedzieć… Dziś już tak.
Bardzo długo pielęgnowałam w sobie uczucie nienawiści do ojca. Za każdym razem pytana o to, czy mu przebaczę, odpowiadałam, że NIGDY. W ogóle nie było takiej opcji, że mogłabym mu przebaczyć… Do czasu… Gdy w moim życiu pojawił się mój Bliźniaczy Płomień, zaczęłam przebudzać się duchowo. BARDZO zbliżyłam się do Boga i teraz nie wyobrażam sobie, że w moim życiu mogłoby zabraknąć modlitwy, czy choćby zwykłej rozmowy z Nim. W kościele słuchałam tych wszystkich czytań i z każdym dniem coraz bardziej byłam przekonana o tym, że to wszystko jest tak piękne i że Jezus jest po prostu fantastyczny. Zapragnęłam być taka jak on – MIŁOSIERNA. On umiał kochać i przebaczyć nawet największym grzesznikom. Ja też tak chciałam. Zaczęłam to wdrażać we własne życie i obserwowałam, jak bardzo zmienia się mój świat. Gdy dajesz dobro, ono potem do Ciebie wraca. Czasem nawet ze zdwojoną siłą! Stare urazy zaczęły odchodzić w zapomnienie, a moje dobre serce zaczęło dawać ludziom szansę. Nauczyłam się okazywać miłosierdzie! :) Zaczęło być mi tak lekko, tak cudownie. Pozbywałam się nadbagażu negatywnych emocji i zastępowałam je tym co dobre i piękne.
Kilka miesięcy minęło zanim poszłam do spowiedzi i wzięłam komunię. Moja spowiedź po latach nie była taka typowa, w konfesjonale. Po prostu poszłam do zaufanego księdza, usiedliśmy przy zwykłym stoliku i zaczęłam mówić. On nie naciskał na mnie z niczym. Pozwalał mi mówić, wyrzucać z siebie to, co leżało mi na sercu. Bez paplania wyuczonych na pamięć regułek. Stał się kimś w rodzaju przyjaciela, powiernika tajemnic. I tak mówiłam i mówiłam i nagle ze łzami w oczach powiedziałam to…
-Wszystko dlatego, że tak naprawdę ZAWSZE brakowało mi ojca!
Wypowiedziawszy to, łzy jednak całkiem popłynęły, a ja poczułam ulgę. Niewiarygodną ulgę! Jakby ktoś wyciągnął mnie spod głazu, którym byłam przygnieciona.
Wyrzuciłam z siebie to, co od lat padało cieniem na całe moje życie i odetchnęłam. Wybaczyłam ojcu, osobie, która zraniła mnie najbardziej na świecie. Wybaczyłam, że nie było go w moim życiu. Wybaczyłam sobie, że byłam taka na niego zła. Dziś chciałabym się dowiedzieć DLACZEGO był taki, jaki był. I chciałabym zapytać, czy w moje urodziny i w inne święta myślał o mnie… Czy myślał np. „Kurczę, mógłbym dziś być z moją córką i widzieć, jak się cieszy”.
Jakiś czas temu powiedziałam mamie, że wybaczyłam ojcu. Powiedziałam jej wszystko, co kryłam w sobie przez lata. To, że tęskniłam za powiedzeniem do kogoś TATO. Spodziewałam się reakcji typu „przestań, było, minęło”, a tymczasem moja mama się rozpłakała, mówiąc, że ma do siebie żal, że zgotowała mi i bratu takie życie, z takimi ojcami… Rozumiałam ją, bo też miałam o to żal przez wiele lat… Ale teraz już jest inaczej i powiedziałam:
-Mamo, wybaczyłam Ci.

Silna

Dopóki nie spotkałam swojego Bliźniaczego Płomienia nie wiedziałam jak silna jestem, jak odważna jestem, jak cierpliwa jestem, jak wiele mam w sobie miłości, jak wiele mam w sobie zrozumienia i przebaczenia. Ale zanim to zrozumiałam, musiałam zmierzyć się z efektem lustra. Mój Bliźniaczy Płomień wyłuszczył we mnie to, co było najgorsze, to co było najbardziej zgniłe. Pokazał mi to wszystko jednocześnie nie mówiąc nic. Wiele razy słyszałam, szczególnie od rodziny, że jestem taka, śmaka i owaka, ale jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam i miałam ich wszystkich gdzieś. Jego pojawienie się w moim życiu odmieniło mnie totalnie. Zaczęło się od drobnych, a jednak wielkich rzeczy. Na pierwszy ogień poszłam JA sama. Moje zepsute i obolałe wnętrze. Przez codzienne rozmyślania i cofanie się w przeszłość, dotarłam tak daleko wgłąb siebie, że aż poruszyło to mną całkowicie. Przestałam myśleć kategoriami „oko za oko, ząb za ząb”. Takie coś do niczego dobrego mnie nigdy nie zaprowadziło i choć owszem, satysfakcja z „dokopania” komuś była wielka, to nie trwała ona długo, bo potem przychodził wieczór, a ja pogrążałam się w smutku. W smutku z braku osiągnięcia czegoś naprawdę wartościowego. Co z tego, że przez chwilę czułam sie super świetnie skoro później dręczyły mnie wyrzuty sumienia… No co z tego? Nic.
Zaczęłam dostrzegać więcej i rozumieć więcej. Zaczęłam stawiać się w sytuacji ludzi, którym chciałam wyrządzić jakąś przykrość.
-Jak ja bym się czuła, gdyby ktoś zrobił, czy powiedział to mi? – myślałam.
I nie mówię tu o konstruktywnej krytyce, która właśnie może podbudować, ale o totalnym gnębieniu psychicznym, wyzywaniu itd. Za przykład podam chociażby relacje z moim bratem, gdzie kłótnie były na porządku dziennym i gdzie wyzwiska i ogólne obrażanie siebie nawzajem było standardem. Mówię BYŁO, bo już nie jest. Zaczęłam z nim rozmawiać, zamiast drzeć się na niego. Zaczęłam go prosić, zamiast mówić rozkazującym tonem, że ma coś zrobić. Gdy prosiłam np. o posprzątanie blatu w kuchni, a on tego nie robił, to na początku po czterech prośbach, a potem po jednej, robiłam to sama. I wiecie co? Wygrałam. Bo teraz on wie, że blat ma być ogarnięty, bo nie mieszka sam, ale musi dzielić przestrzeń ze mną. To samo z łazienką, gdy zostawiał porozrzucane skarpetki itd. Na początku prosiłam, gdy to nie skutkowało, zaczęłam mu wszystko wywalać do pokoju, na poduszkę, na której śpi. Teraz rzadko mu się zdarza, że zostawi coś na podłodze, bo wie czym to „śmierdzi” ;) Gdy nasze relacje się zmieniły, od razu zmieniła się atmosfera w domu. Teraz jest przyjaźnie i ciepło i chce się tam wracać, bo wiem, że mam tam brata, a nie wroga na froncie. Oczywiście, że czasem się irytuję jego zachowaniem i chętnie dźgnęłabym go widelcem w oko ;) ,ale po chwili mi przechodzi, bo dosłownie czuję, jakby ktoś brał mnie w ramiona i tulił dopóki złość mi nie przejdzie. Negatywne uczucia znikają w kilka sekund i czuję miłość.
Stałam się dobrą osobą. Współczucie dla innych widać u mnie na każdym kroku, a jednocześnie jestem twardzielką, żeby nie dać sobie wejść na głowę. Ta skorupa, którą się otaczałam, pokruszyła się w drobny mak i zniknęła. Dziś jestem jedynie pozytywnie twarda :)
Chcę być światłem i dawać światło. Chcę pomagać ludziom w uzdrawianiu samych siebie, bo widzę po sobie, jak ważne to jest. Jak ważne jest życie ze sobą i ze światem, w którym się żyje, w zgodzie. Symbioza w najczystszej postaci. Jeżeli moje słowa dotrą choć do jednej osoby i zechce ona odmienić swoje życie, swój świat, to już jest powód do radości :)
Przemiana nie zachodzi z dnia na dzień i nie jest to takie hop siup. To wszystko może zająć miesiące, a nawet i lata. Dlatego cierpliwość odegra tu bardzo ważną rolę. Przede wszystkim nie wolno się poddawać. Wiem co mówię, bo kiedyś byłam w tym samym punkcie co większość ludzi teraz. Zdołowana, przybita codziennymi obowiązkami, a do tego ta cholerna samotność, która odbijała się echem po ścianach mojego pokoju… Dzień jak co dzień.
Mój Bliźniaczy Płomień niczym lustro, pokazał mi najciemniejsze zakamarki mnie samej. To zabolało. Ja nie chciałam już taka być! Nie chciałam być zawistnym stworzonkiem, które nosi w sobie wszelkie urazy z przeszłości, w którym niedoskonałość goni niedoskonałość. Fakt faktem, że dziś nadal jestem niedoskonała, ale kocham i akceptuję siebie, a to jest najważniejsze. Kochanie siebie to najtrudniejsza miłość, naprawdę. Ktoś teraz pewnie sobie pomyśli „No jak to, a miłość do Bliźniaczego Płomienia?”. Otóż mój Bliźniaczy Płomień jest mną, a ja nim. Moje minusy odbijają się w nim, a jego minusy we mnie. W jego ciele jest jedna połowa duszy, a we mnie druga połowa i będąc całkiem różnymi ludźmi, razem tworzymy JEDNOŚĆ.
Miłość do Bliźniaczego Płomienia uczy cierpliwości i pokazuje, jak wiele jesteś w stanie znieść. Myślicie, że łatwo jest kochać osobę, w ten, czy inny sposób „zajętą”? Kochać i nie wymagać od niego nic… Ani związku, ani porzucenia dotychczasowego życia. To wymaga ogromu wewnętrznej siły. Kochać bezgranicznie i bezwarunkowo… Wiecie co to znaczy? To znaczy żyć ze świadomością, że on JEST, ale nie możesz stawiać mu żadnego ultimatum. Ale nie „nie możesz” dlatego, że wszyscy dookoła tak Ci mówią, albo że tak właśnie wypada. Nie możesz dlatego, bo tak czujesz i chcesz, bo właśnie tak bardzo go kochasz, że wiesz, że stawiając go pod ścianą, wcale nie okażesz mu miłości, ale pozbawisz wszelkiej wolności i wywleczesz na powierzchnię swój własny egoizm.
17 lutego minie dopiero rok od „pierwszego” spotkania z moim Bliźniaczym Płomieniem, a ja mam za sobą już tyle lekcji życiowych, że jak o tym pomyślę, to aż jestem w szoku. To, co osiągnęłam przez 12 miesięcy, niektórym ludziom nie udaje się osiągnąć przez lata!
Zastanawiam się teraz, która z „lekcji” była dla mnie najważniejsza… Wszystkie były BARDZO WAŻNE i bez nich dziś nie byłabym tym kim jestem, ale tak myślę, że gdybym mogła wybrać jedną, wybrałabym to, że nauczyłam się PRZEBACZAĆ. Ale więcej o tym w najbliższej przyszłości :)