Listy do Julii

I naogląda się taki Bliźniaczy Płomień filmu „Listy do Julii” i tak myśli sobie potem: 50 lat? Spoko, mam tyle, mogę poczekać ;)
Och losie ;)
Swoją drogą, to jest PIĘKNY FILM. Jeśli ktoś nie oglądał, to polecam :) A tak w ogóle to jeden z trzech filmów, o których ostatnio intensywnie myślałam, że chcę obejrzeć i voila :) Puścili :) Wczoraj też puścili jeszcze jeden, który chciałam obejrzeć, a dziś i jutro puszczą ten trzeci :) Jupi :)

Made in Heaven – Stworzeni w Niebie

Dziś mam dla Was coś naprawdę fajnego :) Jakiś czas temu, podczas moich początkowych poszukiwań odpowiedzi na to, o co chodzi z tymi Bliźniaczymi Płomieniami, natrafiłam na anglojęzyczny film pt. MADE IN HEAVEN. Film powstał w 1987 roku, a w rolach głównych wystąpili Timothy Hutton i Kelly McGillis. Opowiada on o dwóch osobach, które poznają się w Niebie i zakochują się sobie. Stają się nierozłączni, ale niestety główna bohaterka musi zejść na ziemię i rozpocząć ziemskie życie. Główny bohater niepocieszony tym faktem, chce ruszyć za nią, ale na to potrzebna jest odpowiednia zgoda. Gdy w końcu ją uzyskuje, schodzi na ziemie i również rozpoczyna ziemskie życie. Warunek jaki dostał przed pojawieniem się na ziemi jest taki, że musi swoją ukochaną odnaleźć w ciągu 30 lat, bo inaczej straci ją na zawsze. Ale żeby nie było tak łatwo, to nie dość, że dzieli ich spora odległość, to jeszcze oboje nic nie pamiętają… Tzn. coś tam im świta, ale żadne nie traktuje tego poważnie. Jednak przez całe ich życie wszystko dzieje się tak, że chcąc, nie chcąc, zbliżają się do siebie.
Przez cały film obserwujemy oddzielne losy, dwóch różnych ludzi. On ma swoje życie i ona również. Gdzieś tam pojawia się moment, gdy ona poznaje, można by rzec, faceta idealnego, z którym ma wspólne plany, a wszystko idealnie się układa. Niespodziewanie wszystko się psuje. Rozstają się. Spotykają się dopiero po czasie, w galerii handlowej. Widać po niej, że cieszy się, że go widzi, zupełnie jakby miała nadzieję, że jej życie zacznie się układać na nowo. Z nim. Ale nagle on przedstawia jej… swoją żonę. To ją zaskakuje i dobija. Żegnają się i główna bohaterka totalnie załamana wychodzi ze sklepu. Idzie chodnikami miasta, zdołowana płacze. W tym samym momencie, w tym samym mieście, baa, nawet w tym samym miejscu, po tym samym chodniku, co ona, idzie główny bohater. Ona zaczyna się dziwnie czuć. Myśli, że wariuje. On również jakoś dziwnie się czuje. Idą, on właściwie jest tuż za nią i wtem ona czuje, że musi się odwrócić. Odwraca się więc i dostrzega go. On jeszcze nieświadom niczego idzie w inną stronę. Ona zaintrygowana tym, co do niego poczuła, biegnie za nim. I nagle on przystaje. To dziwne uczucie w nim nasila się i w końcu on również czuje, że musi się odwrócić do tyłu. I boom! Już ją widzi. Ona patrzy na niego z taką miłością i z taką ulgą, że go znalazła. On patrzy na nią równie zakochany i uśmiecha się, bo są już razem. I oboje przypominają sobie, że się kochają od zawsze i że przez całe życie nie szukając, to właśnie siebie szukali.
W pewnym momencie on tak jakby przeniósł się na chwilę do Nieba, gdzie zostaje poinformowany, że wszystko będzie dobrze, bo go odnalazła… I za chwilę znowu powraca do swojej ukochanej. Nadal są wpatrzeni w siebie, jak w obrazek. Zaczynają w myślach rozmowę:

- I was hoping I’d see you again. (Miałem nadzieję, że jeszcze Cię zobaczę.)
– Here I am. (Oto jestem.)
– What would you like to do? (Co chciałabyś robić?)
– Everything. (Wszystko.)
– I’d like to marry you. (Chciałbym Cię poślubić.)
– According to Heaven we already are. (Według Nieba już jesteśmy małżeństwem.)

I zaczyna się ich wspólna droga. Razem na zawsze, aż po wsze czasy :)

Ten film tak bardzo mnie wzrusza. Szczególnie właśnie ta końcówka, gdzie następuje ten moment rozpoznania i przypomnienia sobie wszystkiego. Myślę, że większość Bliźniaczych Płomieni dojrzy w tym filmie coś ze swojej własnej historii.
Mnie z niewyjaśnionych (wtedy) przyczyn, zaczęło ciągnąć do kościoła, gdzie nagle doznałam nawrócenia, a moje serce zaczęło się oczyszczać. I pewnego dnia zobaczyłam mój Bliźniaczy Płomień i od razu wiedziałam, że go kocham i czułam, że go znam. W pierwszej chwili on mnie nie zauważył, ale jak sobie dziś przypomnę jego wyraz twarzy, to widać było na nim dziwny niepokój, jakby nie spodziewając się niczego, spodziewał się tego cały czas. Podszedł do mównicy, od razu spojrzał w moją stronę i zamarł. Stał tak przez chwilę, a ja w myślach słyszałam rozmowę między nami. No i się zaczęła przygoda życia :)
Ciekawe tylko jakie zakończenie przygotował dla nas największy i najlepszy reżyser na świecie – Bóg :)

Chciałam wrzucić cały film, ale You Tube zablokował wersję anglojęzyczną, a jedyna jaką znalazłam była w języku węgierskim bodajże :D Dlatego poniżej dwa krótkie filmiki. Pierwszy to nic innego, jak końcówka filmu, a drugi, to piosenka przewodnia filmu w wykonaniu grupy The Motels – We’ve never danced.

Miłego oglądania i jeszcze milszych refleksji życzę :)