Dół, dołek… bo tęsknię!

Dopadł mnie dół i tak siedzę, łzy sączą się z obu oczu. Tracę dobrą widoczność jakiegokolwiek sensu w czymkolwiek… I nagle wyskakuje mi TO.
I umarłam… Ze śmiechu :D

Ale tylko na chwilę ;)


http://beyourbestfriend.be/a-idz-ty-janusz-w-cholere/

Dół bierze górę… To, co teraz dzieje się ponad nami wcale dobrze na mnie nie wpływa… Mam dość bycia odbiornikiem poruszeń we Wszechświecie! Ile tego jeszcze… Matko Boska, Jezu Chryste, Panie Boże… I wszyscy święci i nie święci itd. Jest mi ciężko… Napisał do mnie dziś brat, że przyjedzie po rzeczy, a ja się rozkleiłam. Nie powinnam się tak czuć, bo zarówno i on i mama, zadali mi ciosy poniżej pasa, ale nie umiem ich nie kochać… mimo wszystko… Jest mi przeokropnie przykro, że wyszło, jak wyszło, ale co zrobić. Najgorsze jest to, że mimo iż mam kochających dziadków, którzy starają się, jak mogą żebym miała dobre życie, brak mi mojego Bliźniaka i to wystarczy żeby czuć się marnie i do dupy. Nie mogę się z tego wykaraskać, nie mogę wyjrzeć poza to wszystko i cieszyć się z życia, choć się staram z całych sił i Bóg to wie. Czuję się taka osamotniona… Chciałabym żeby tu był, żeby mnie przytulił i żeby powiedział, że będzie dobrze, że przejdziemy to razem. A tymczasem go nie ma… I nie wiem gdzie jest i nic nie mogę się dowiedzieć od nikogo i to mnie boli.
Boże, jak ja bym chciała z nim porozmawiać… Jak ja bym chciała mieć w nim wsparcie… Przecież nie mówię, żeby rzucił dla mnie wszystko, ale żeby po prostu BYŁ. Wtedy i ja bym była dla niego… A tak, ja tu, on tam… Tęsknota rozwala nas od środka… I po co?

Pomocy… Chyba zaczynam się rozpadać…

„Domyśl się, że ze mną jest źle… Przyjdź, przyjdź, przyjdź!”
- Michaił Bułhakow

P.S. Potrzebuję chyba jakiegoś jednego, solidnego znaku, który podniesie mnie z kolan… Albo przynajmniej sprawi, że uniosę głowę i zobaczę światło…

Ona zawsze wie…

22:27
-Halo?
-No cześć, co tam?
-Co się stało?
-Nic, tak dzwonię żeby zapytać, jak się czujecie.
-My dobrze, a Ty dobrze? Bo masz taki dziwny głos, jakby coś się stało…
Umieram babciu, umieram z miłości. Nic nowego. Nie radzę sobie znowu z tymi emocjami. Znowu jestem w czarnej dupie babciu. Znowu nie widzę sensu w niczym. Wiesz babciu, to ten dobrze znany mi schemat. Wy pytacie, czy nic mi nie jest, a ja odpowiadam, że nie. Przyodziewam odpowiedni uśmiech do danej sytuacji i wegetuję, udając, że żyję. Standard babciu.
-Nie, wszystko ok. Jestem po prostu zmęczona i zaraz chyba usnę na siedząco…
-A wpadniesz jutro na obiad?
Nie babciu, bo jutro mam w planach leżenie w łóżku i płakanie. A wiesz, to zajmuje trochę czasu.
-Nie, jutro odpoczywam i nigdzie nie wychodzę.
-No dobrze, to nie będziemy Cię jutro budzić. Wyśpij się, a potem zadzwoń.
-Dobrze.
-Dobrej nocy, całuję.
-Ja też. Pa.

Cholera! Babcia zawsze wie… zawsze wywęszy, że coś mi jest, że coś mnie trapi… Nie lubię jej i dziadka oszukiwać, ale niestety, przecież nie powiem dlaczego jest mi źle, bo zaraz zacznie się gadanie i reprymendy. A przecież wiadomo, że w tej kwestii ani ja nikogo nie posłucham, ani nikt mnie do końca nie zrozumie. Oczywiście oprócz osób, które też poznały swój Bliźniaczy Płomień i wiedzą jak to jest…