Anthony de Mello – cytat

Cierpienie jest znakiem braku kontaktu z prawdą.

Cierpienie dane jest ci po to, abyś otworzył oczy na prawdę, żebyś mógł zrozumieć, że gdzieś jest jakiś fałsz.

Tak samo jak ból fizyczny mówi o jakiejś niewydolności, o chorobie.

Cierpienie wskazuje na istnienie fałszu. Wyzwala się w kolizji z rzeczywistością.

Kiedy twoje złudzenia zderzają się z rzeczywistością, kiedy fałsz zderza się z prawdą, wówczas pojawia się cierpienie.

Poza tym nie ma cierpienia.

- Anthony de Mello

Co nie co o cierpieniu

cierpienie

PRAWDA.
Gdybym w styczniu 2013 r. nie przeżyła tak ogromnego zawodu miłosnego, który sprawił, że całkowicie i totalnie zwątpiłam w miłość i ogólnie w większość rzeczy, w tym w siebie, to nie spotkałabym Bliźniaka.
Gdyby on w lipcu 2013 r. nie zniknął na miesiąc, to bym nie odnalazła odpowiedzi na to, co się ze mną dzieje.
Gdyby w lipcu 2014 r. nie został przeniesiony i nie wyjechałby, nie zaczęłaby się moja przemiana.
Gdybym w styczniu 2015 r. nie pokłóciła się z mamą, nadal tkwiłabym w tym „czymś”, w czym tkwiłam tyle czasu.
Mówcie sobie co chcecie, zaprzeczajcie temu ile chcecie, ale jeśli chodzi o mnie, cierpienie dało mi więcej dobrego, niż mogłabym to sobie kiedykolwiek wyobrazić. Czy wcześniej mogłabym dojść do takich konkluzji? A w życiu! Dopiero, gdy poznałam prawdziwe cierpienie, gdy dotknęło mnie tak bardzo, że nie chciało mi się żyć, dopiero wtedy zrozumiałam, że cierpienie jest potrzebne. Jest częścią przemiany, częścią drogi. Z cierpieniem nie należy walczyć, ani przed nim uciekać, z nim trzeba stanąć twarzą w twarz, spojrzeć mu w oczy, sięgnąć jego głębi. Trzeba je zrozumieć! Koniec końców to cierpienie się poddaje, a nie Ty. Ty wygrywasz. Wygrywasz życie.

Obwiniać Bliźniaka, to tak jakby strzelać sobie w kolano

Jedna z moich prawd jest taka, że choćby nie wiem co, nie umiem powiedzieć złego słowa o swoim Bliźniaku. Nie umiem o nim powiedzieć, że jest egoistą, tchórzem itp. Nie mogę, bo moja miłość do niego jest zbyt wielka, żeby w jakikolwiek sposób mu ubliżać. Poza tym sama nie jestem ideałem cnót wszelkich, żeby tak mówić o kimś innym.
Jeśli okradł naszą parafię – trudno.
Jeśli oszukiwał cały czas – trudno.
Jeśli miał kogoś na boku – trudno.
Kocham go niezależnie od tego co zrobił czy kim jest.
Mówienie o nim źle byłoby również mówieniem źle o sobie, a ja mam wzrastać, a nie trwać w zacietrzewieniu i jadzie, jadąc po Bliźniaku tak, że nie zostanie na nim ani jednej suchej nitki. W ogóle, gdy czytam texty, jak ktoś jedzie swojemu Bliźniakowi, a potem mówi, jaki jest oświecony, to wiecie co? -> ŻENADA. Sorry bardzo, ale ego aż kipi i zero w tym oświecenia i wyjścia na prostą. Zwykły mechanizm obronny, ot co. Zranienie jest tak wielkie, że trzeba chwytać się każdego sposobu, aby sobie ulżyć. Spoko rozumiem to… Ale nie rozumie, gdy ktoś nie widzi swojej winy, swoich wad. Jak można być całkowicie bez skazy i tylko widzieć zło w innych? Okropnie to EGOISTYCZNE. Ja np. mam w sobie mnóstwo problemów i mimo, że może to Bliźniak nawywijał w swoim życiu kapłańskim i prywatnym, to JA CZUJĘ SIĘ NIEZBYT WARTOŚCIOWA I GODNA JEGO. I gdzie tu sens, gdzie logika? Hehe. Wszystko przez moją przeszłość… Dopiero od dwóch lat wychodzę ze swojej skorupy i nie jest to łatwe. Kiedyś też jechałam Bliźniakowi i zresztą widać to w niektórych postach na blogu, ale im dalej w las, tym bardziej się zmieniam i widzę „swoje paranoje”. Zdejmijcie klapki z oczu, bo nie jesteście idealni do cholery jasnej! Pod Waszymi stopami nie wyrastają fiołki, gdy stąpacie po ziemi, a natura nie budzi się do życia. Jesteście pełni wad i TO trzeba naprawić, a nie zwalać na Bliźniaka, że jest taki, śmaki i owaki!!! NA MIŁOŚĆ BOSKĄ!!! Przejrzyjcie w końcu na oczy i zacznijcie wychodzić z tej skorupy, a nie jeszcze bardziej się w niej zamykacie poprzez jechanie Bliźniakowi. Rozumiem trudne początki, gdy ego szalało na lewo i prawo, ale TERAZ? Teraz powinniście być już w fazie „poddania się”, ale z tego co widzę, to niektórzy wciąż uporczywa walka i to najgorsze, że z samym sobą. MACIE WZRASTAĆ, A NIE COFAĆ SIĘ!
Jak widzisz kupę swojego psa, to ją sprzątasz, a nie siedzisz, wkładasz w nią ręce i malujesz po ścianie, bo tak jest spoko, co nie? Więc teraz weź swoją kupę i ją posprzątaj, a nie rób więcej syfu dookoła siebie.

Wpisałam w Google hasło: BLAMING YOUR TWIN FLAME. Wyskoczyło mnóstwo stronek, więc kliknęłam pierwszą lepszą i zobaczyłam text poniżej. Nic dodać, nic ująć, więc jeśli ktoś mi nie wierzy lub twierdzi, że jestem głupia itd. to niech sobie poszpera u innych źródeł i nie sieje mi fermentu na blogu, gdzie ludzie chcą wzrastać. Tyle w temacie.
[One of the most important lessons I’m learning as a twin is: it NEVER works to use blame, judgement, criticism, etc. toward our twin flames (or anyone else for that matter). All it does is anchor us further in to the old reality/old paradigm we are here to shift.]

Czasem uzdrowienie jest w cierpieniu

Czasem uzdrowienie jest w cierpieniu.

Przez długi czas było już tak dobrze. Byłam szczęśliwa, żyłam tym szczęściem. Teraz wszystko się zepsuło, a ja tak naprawdę nie wiem dlaczego. Co się stało, kiedy to się stało? Wiszą nade mną jakieś czarne chmury, a z nich kapie deszcz i już przemokłam cała… Smutkiem, żalem, rozgoryczeniem, rozczarowaniem, rozżaleniem… Czuję ból wewnątrz siebie i nie mogę nic z tym zrobić. Myślałam, że to już nigdy nie wróci, ale wróciło i tylko pytanie, dlaczego wróciło? Myśl o tym, że mój Bliźniaczy Płomień wkrótce może zniknąć z mojego życia udowodniła mi, że nadal jest we mnie dużo lęku i strachu. A to oznacza, że A. miała rację i jednak nie jestem GOTOWA…
Wspomnienie tego, że w przeszłości byłam opuszczana, że musiałam walczyć o uczucia, a nikt nie walczył o mnie, że musiałam tyle przejść, tyle wycierpieć, dziś odbija się na mnie tak bardzo, że jak widać, nie umiem sobie z tym poradzić. Boję się, że on też odejdzie i tyle będę go widziała. Znowu zostanę sama, samiusieńka…  Nie chcę żyć tak, jak żyłam zanim poznałam mój Bliźniaczy Płomień. Prawdziwy smak życia poznałam dopiero wtedy, gdy on się pojawił i to jest coś, co chcę nadal czuć. Nie chcę czuć tej pustki, którą wcześniej czułam. On wypełnił mnie po brzegi sobą i pięknem tego świata i już nawet nie chodzi mi o to, żeby być z nim fizycznie, ale żeby przynajmniej go widzieć. Widzieć i wiedzieć, że JEST.
A z drugiej strony, na co mi takie życie? Nie mogę być z kimś kogo kocham ponad wszystko. Nie mogę spełnić się w roli jego partnerki życiowej, a co za tym idzie, w roli żony i matki. Więc po co to wszystko? Mam być sama do końca? Taki jest Twój plan Boże? Nie rozumiem dlaczego teraz mnie tak doświadczasz… Nie rozumiem dlaczego to wszystko znowu wróciło… Nic nie rozumiem…
Przyznaję, że lipcowe cierpienie przyniosło mi uzdrowienie i każdy kolejny ból przynosił coraz więcej mądrości i zrozumienia, ale czy tym razem będzie tak samo?

Proszę, pozwól mi zrozumieć Boże…