O tej miłości…

W momencie, gdy w nią zwątpiłam, dostałam od Boga piękną miłość. Moja miłość była księdzem, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest piękna, niezwykła i wyjątkowa. Zrobiłam z tej miłości swój cel, swój sens życia. Oddychałam tą miłością, żyłam tą miłością. Chodziłam na paluszkach, trzymając tą miłość blisko serca, aby nikt inny jej nie zobaczył. Ukrywałam tą miłość przed światem, by mogła się pięknie rozwijać i kwitnąć. Szeptałam do niej sercem, śpiewałam jej bez otwierania ust. Przytulałam ją do siebie, tak mocno, jak tylko mogłam. Byłam tej miłości wierniejsza od psa. Gotowa byłam dla tej miłości na największe poświęcenia… Lecz pewnego dnia opadły maski i kurtyny, zerwały się firanki i pospadały obrazy, a na ołtarzyku zgasła świeca. Kwiaty zaczęły więdnąć… Z nieba spadły wszystkie gwiazdy, a wraz z nimi srebrzysty księżyc… Słońce już nie wzeszło, tak pięknie, jak zawsze, a świat stracił kolory… I wtedy dostałam od kogoś farby, aby nadać życiu nowe barwy.

c.d.n.

3 Komentarze

  1. Taryn, ja nauczylam sie w tym roku tego, by nie czynic z milosci do faceta „bozka”, celu ani sensu zycia. Jak ogarnialo mnie chwilami to szalenstwo, by zatracic siebie w takiej milosci, zwracalam sie do Boga i prosilam, aby uczucie do mezczyzny bylo tylko srodkiem do kochania Boga, aby moim celem byla nauka milosci do Boga. Mam poczucie, ze uczucie do mezczyzny mnie juz nie zniszczy, bo nie ono jest na 1. miejscu w moim zyciu.

  2. Ja czekam już tylko na farby, mam dość szarości mego dnia. Niech w końcu znowu świeci słońce i świecą gwiazdy :(

  3. Farby mogą być w zasięgu ręki, ale często ich nie widzimy i nie doceniamy przez czekanie na „gruszki an wierzbie”.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.