Zagwozdka dnia

No to słuchajcie, mam zagwozdkę…
Od kilku dni nawiedzają mnie palpitacje, dokładnie takie same, jak te, które miałam, gdy Bliźniak był blisko. Dziś poszłam z dziadkami na obiad i wracając spotykałam same znajome twarze z kościoła, a na dodatek pod wejściem do klasztoru stał facet, który był z daleka podobny do mojego Bliźniaka! Włosy, sylwetka, no wypisz, wymaluj. Stałam przez chwilę i gapiłam się na niego, nawet skitrana za blokiem, lookałam, czy to on, ale odwracam się po chwili do dziadków i mówię: nie, to nie może być, on, bo przecież coś bym czuła…
Pożegnałam się z dziadkami, wróciłam do domu, siedzę na sofie i nagle znowu te palpitacje! I skojarzenie faktów… Przed chwilą sprawdziłam jedną rzecz i cholera jasna… to mógł być on!!! Cholera, cholera, cholera! Dlaczego nie poszłam dalej, żeby całkiem z bliska przekonać się, czy to był faktycznie on… Damn!!! No, ale cóż. Stało się. Nie poszłam i koniec. Nie będę się nad tym rozwodzić. Ale jak mam teraz funkcjonować z tą zagwozdką?! Qrna!!! Błagam, niech to wszystko się już wyjaśni, bo nie wiem co…

No i się popłakałam…

Litości Boże… Litości…

Trąby Apokalipsy, czy coś innego? ;)

Kto siedzi w naszych tematach, ten pewnie już o tym słyszał lub czytał. Chodzi o dziwne dźwięki, które można usłyszeć prawie na całym świecie. Są na ten temat różne teorie, ale moja jest taka, że to po prostu sygnały zmian, które zachodzą we Wszechświecie. Ja też je słyszałam, ale nie pamiętam, czy był to 2012 r. czy 2013 r. Pamiętam, że wyszłam na balkon i słuchałam, zapukałam bratu w okno, on wyjrzał więc zapytałam, czy to słyszy. Powiedział, że tak i że to pewnie z budowy. Fakt faktem, że wtedy sporo tego w naszych rejonach było i faktycznie brzmiało, jakby jakaś ciężka maszyneria, jakiś dźwig, czy coś, się przemieszczało. Ale ja, jak to ja, jakoś bardziej skłaniałam się ku teorii, że to wcale nie żaden dźwig, ani nic ziemskiego…
Ktoś z Was to może słyszał?

Takie tam podsumowanie misz maszu ostatnich dni

Witam Was w ten cudowny dzień :) Nie dość, że mamy nów w Pannie, to jeszcze zaćmienie Słóńca i początek Nowego Cyklu Osobistego i qrna jak zwykle wszystko naraz :D
Właśnie jest 11:11 :D Tak se zerknęłam, no, bo przecież :D
Kulminacja Nowiu była o 8:41, także moi drodzy, to wszystko już trwa. No i cóż, czas na podsumowanie tego, co ostatnio się ze mną działo i co się teraz dzieje. Jak wiecie, miałam dni totalnej ciemności, dni, gdy człowiek/Bliźniak nie może normalnie funkcjonować i dosłownie ma wszystko gdzieś. Nie lubię tych dni, ale przynajmniej po takim czasie wiem, że choć jestem ciągnięta w dół, to wzrastam, bo potem z tego wychodzę, otrzepuję kolanka, ocieram oczy i idę dalej w świetle i w prawdzie. I wtedy jest dobrze, bo pojawia się tęcza, a teraz było tak, że pojawiły się nawet dwie :) Znaki od Bliźniaka nie ustają nawet na chwilę, a do tego doszły jeszcze nasilone znaki od Bratniego. I powiem Wam szczerze, że Bratniego odczuwam teraz bardziej niż Bliźniaka. Nie powinno to być dla mnie dziwne, a jednak wciąż się dziwię i wciąż, mimo wszystko przed tym uciekam. Jeszcze nie umiem tego zaakceptować, że w moim życiu pojawił się taki on i robi mi tu takie hokusy pokusy ;) W każdym bądź razie, coś mnie do niego ciągnie i to tak bardzo, że czasem mnie to przeraża, ale na samą myśl o nim jest mi dobrze, radośnie, bezpiecznie i ciepło. I w sumie wiem na czym polega mój „problem” z nim związany. Zależy mi na nim tak bardzo, że wiedząc, to co wiem i wiedząc, jak to się może skończyć, nie chcę narażać ani jego, ani siebie na to cierpienie. Więc co? Więc wolę pozostawać w cieniu, choć na widoku. Zamiast okazywać mu miłość, na którą bez wątpienia zasługuje, ja jestem neutralna, a nawet i czasem szorstka ;) No, a do tego dochodzi cały wachlarz niepewności związanych z, jeszcze nie do końca i niewystarczająco, kochaniem i akceptowaniem siebie samej, plus to, na co się napatrzyłam i nasłuchałam przez całe moje życie od mamy i babci. Chodzi tu przede wszystkim o traktowanie ich przez mężczyzn, z którymi były… Ich doświadczenia życiowe były solidnym materiałem, z którego wybudowałam dookoła siebie mur. Daaawno temu obiecałam sobie, że nikt nie będzie mnie miał tak do końca, żeby mnie przypadkiem nie zranić w jakiś sposób, ale oczywiście dostawałam od losu samych takich, którzy jakoś tam przebili się trochę przez mur i co, oczywiście wychodziłam z tego z ranami… A dlaczego? Bo tak bardzo chciałam być kochana! Byłam kiedyś w związku, który i może dobrze rokował na przyszłość, ale oczywiście zrobiłam tak, żebym przypadkiem nie została zraniona, więc ja zraniłam i zerwałam. Nie myślcie jednak, że zrobiłam to od tak sobie. Tutaj nałożyło się na siebie wiele czynników, które powinny być naprawione we dwoje, a nie były itd., no a do tego to uczucie, że to nie TEN, a TEN WŁAŚCIWY wciąż i nadal, gdzieś tam jest. Z takich ciekawostek powiem Wam, że będąc w tym związku, strasznie zapragnęłam iść do zakonu… To był rok 2005. Z moich późniejszych wyliczeń wyszło mi, że w tym czasie Bliźniak już tam był i wkręcał się w to. Lustereczko & synchroniczność… Hehe. No, ale wracając do wcześniejszego wywodu – pole minowe, drut kolczasty, fosa z aligatorami, rekinami i piraniami, mur i na najwyższej wieży JA ;) Tak, to mniej więcej wygląda ;) I tylko nie wiem, czy Bratni ma tyle siły żeby się przez to przebić, aczkolwiek, jak już powiedziałam, robi jakieś takie hokusy pokusy, które działają ;) No a już od kilku dni, to w ogóle magia za magią, magią pogania :D Nie będę się jednak na tym fiksować. Co ma być, to będzie… Zawsze i wszędzie ;)

A póki co, szczęśliwe myśli, pyłek ze skrzydełek wróżki, druga gwiazda na prawo i prosto, aż do rana :D <3