7 miesięcy BEZ…

4 lipca 2014 r.
Jestem na zwolnieniu…
Idę na spacer z psem…
Widzę Bliźniaka…
Ostatni raz…

Dziś mija dokładnie 7 miesięcy od naszego ostatniego widzenia się. 7 miesięcy… Ja się pytam, kiedy to minęło i jak to się stało, że ja je przeżyłam? 7 miesięcy bez widzenia go, bez słyszenia jego głosu, bez świadomości, że jest gdzieś blisko… 7 miesięcy tęsknoty i walki z ego… 7 miesięcy przeogromnych zmian.
Łatwo nie było, bo było wręcz tragicznie, szczególnie na początku. Umierałam codziennie i codziennie zmartwychwstawałam, żeby zaraz ponownie umierać i zmartwychwstawać. I tak kilka miesięcy. I ta walka ze sobą, to wieczne niedowierzanie sobie i temu co się dzieje… Ten brak ufności, że będzie dobrze… I cholerny wszechobecny bezsens… Nic nie miało sensu, dosłownie nic. Wszędzie widziałam znaki, ale czułam, jakbym stała w miejscu i jakby to miejsce było jakimś błotem, które mnie ciągnęło coraz bardziej w dół. Codziennie jechałam w innym wagoniku emocjonalnego roller coastera… Góra, dół, góra, dół… Nic mi się nie chciało i z nikim mi się nie chciało. Żyć mi się nie chciało!!! Zabrano mi wszystko. Wyrwano to ze mnie na siłę. Nieodłączną część mnie – mojego Bliźniaka. Nie godziłam się na to, walczyłam z tym. A on swym milczeniem to wszystko podsycał. Każdą moją niepewność, wahania itd. I ilekroć udało mi się podnieść, to za chwilę działo się coś i znowu leżałam na glebie… I tak w kółko. Szłam do pracy, odwalałam co musiałam, wracałam do domu i wyłączałam się. Warczałam na otoczenie i na swoje odbicie w lustrze. A w odbiciu często pojawiał się on… Tu chciałam zapomnieć, tu zaraz wyskakiwało coś totalnie z nami związane i znowu nici z zapominania. I tak ciągle i non stop. Myślałam, że tak już będzie zawsze, ale dzięki Bogu, coś się zmieniło. Olśnienie przyszło w listopadzie. Jakbym się ocknęła, obudziła… Zaczęłam inaczej patrzeć na wiele spraw, na tą całą relację. To, co wcześniej uważałam za słuszne, przestało takim być. Pojawiły się nowe przemyślenia, nowe opcje, nowe możliwości. Było tak, jakbym w końcu wzięła głęboki oddech na świeżym powietrzu. Zaczęłam się zastanawiać, co ja do cholery robię… Wszystko, co robiłam i jak myślałam do tamtej pory było strasznie egoistyczne, bo myślałam jedynie kategoriami „ja chcę, ja pragnę”. Wszystko sprowadzało się do tego, że to ja czegoś chciałam. Chciałam chcieć, bo tak. Koniec i kropka. Ale, gdy przyszedł ten powiew świeżości i inaczej spojrzałam na swoje życie, na życie Bliźniaka, to wtedy zaczęły się dziać rzeczy piękne. Zaczął nastawać SPOKÓJ. Bezsens z każdym dniem znikał coraz bardziej, a dziś nie ma po nim nawet śladu. Nie ma też takiego okropnego chcenia „bo kocham i ta miłość mi się należy!”.
Nie zniknęła tęsknota, bo tęsknię za nim masakrycznie i nie ukrywam, że cudownie byłoby, gdybyśmy byli razem, ale NIE ZA WSZELKĄ CENĘ, KOSZTEM WSZYSTKIEGO I WSZYSTKICH. A na pewno nie kosztem mojego zdrowia psychicznego.
Kiedyś podporządkowywałam swoje życie pod Bliźniaka. Działo się tak dlatego, bo tu był, bo miałam go pod ręką. On to samo. BO JA ZAWSZE BYŁAM. Nieważne gdzie pojechał, czy coś. Wracał, a ja zawsze byłam, zawsze czekałam. Oboje wzięliśmy to za pewniaka i tego się trzymaliśmy. Z tego, co obserwuję, z tego co czytam, to wiele Bliźniaków popełnia ten sam błąd. Robi z Bliźniaka swojego pana i władcę, zapominając o sobie, podczas, gdy chodzi właśnie o to, żeby o sobie pamiętać, żeby siebie naprawiać.
Często mówimy i podkreślamy, jak wielkie jest to uczucie, jak prawdziwe i szczere oraz niezniszczalne. Skoro tak myślimy, to dlaczego potem boimy się pozwolić Bliźniakowi na zrobienie kilku kroków z dala od nas? Dlaczego nie ufamy? Dlaczego boimy się dać mu wolność? Dlaczego tak kurczowo się go trzymamy i nie pozwalamy mu się rozwijać we własnym tempie? Dlaczego napieramy, dlaczego za wszelką cenę szukamy rozwiązań? Dlaczego uważamy go za totalną sierotę, która bez nas sobie nie poradzi? I dlaczego sami z siebie robimy takie sieroty, często pozbawione godności? To jest według Was zdrowa i bezwarunkowa miłość? Bo według mnie to jest tylko i wyłącznie ego, które karmi się wszystkimi naszymi bolączkami, które notabene, sami sobie tworzymy w naszych głowach. Gdybyśmy całkowicie ufali Bliźniakowi, sobie i Bogu, to by tego wszystkiego nie było. Taka prawda moi drodzy… A tymczasem stare lęki przejmują kontrolę i dzieje się, jak się dzieje. A, więc gdzie tak naprawdę jest źródło tego wszystkiego? W NAS SAMYCH! Bo siebie nie akceptujemy i nie kochamy i nie ufamy sobie i mamy tak niskie mniemanie o sobie, że po prostu boimy się wypuścić motyla z rąk, bo myślimy, że jesteśmy tak niegodni, że najzwyczajniej w świecie, motyl już nie wróci. Ale on wróci, bo od momentu pierwszego spotkania, wszystko, co oboje tak naprawdę robicie, to wracacie do siebie. Nie cofacie się, ale idziecie naprzód. Nawet jeśli czasem to wszystko wygląda tak, jakbyście stali w miejscu bez żadnych postępów. Wiele rzeczy między Wami mieli się jedynie na poziomie duchowym i jest niedostrzegalne gołym okiem. Dopiero po czasie wszelkie zmiany będą dostrzegalne w normalnym życiu. Nie ma tak, że nie będzie żadnych zmian, bo zmiany są zawsze. Nie ma też opcji, że nie zjednoczymy się całkowicie z naszymi Bliźniakami, bo się zjednoczymy. Kiedyś na pewno, ale dobrze wiecie, że pod słowem „KIEDYŚ” kryją się różne odległości czasowe… Każdemu pisane jest coś innego, bo każdy w poprzednich wcieleniach przerabiał inne lekcje. Szybkość zjednoczenia zależy od tego, kto ile ma przerobione i przeprane. Jeżeli nie wykonaliście duchowej roboty nad sobą samym i macie jakieś zaległości, które się za Wami ciągną, no to wiadomo, nie ma co liczyć, że zjednoczenie nastąpi szybko, bo Bóg na pewno nie połączy ze sobą dwóch (przepraszam za wyrażenie) „niedorobionych Bliźniaków” ;) Mamy być w jednym kawałku, a nie podziurawieni jak ser albo tarcza na strzelnicy. Nie może być w nas żadnego „ALE”. Musimy być, jakby czystą kartą. Tylko czysta miłość może sprawić, że świat się zmieni.
To co kochani? Wracamy do roboty? :) Ja na pewno tak :) Dziś z wielkim optymizmem i zaufaniem patrzę w przyszłość :) Wierzę, że będzie dobrze :) Wierzę w siebie, wierzę w nas :)

Kochać drugiego człowieka oznacza wielką pracę nad sobą.
- ks Jan Twardowski