Moja historia w pigułce, ewentualnie w czopku ;D

No to jedziem z tym koksem. Dziś pojadę po sobie, a kto chce odnieść to do siebie, bo też tak czuje, proszę bardzo.
Na początku był chaos ;) Tak, chaos, bo nie wiedziałam co mi jest. Przecież nie idziesz do kościoła po to, aby się zakochać. Przecież nie idziesz tam na miłosne łowy. I nagle taka ja, która wróciła do kościoła po kilkunastu latach, nadal nieufająca facetom w sukienkach… Nagle taka ja widzi jednego z nich i czuje, że go kocha, że go zna i że on też… Pierwsze sekundy, a ja już wiem, że on to zostawi i będziemy razem. Ale jak to? A no tak to. I wtem on się odwraca i patrzy prosto w moje oczy… zamiera. Nic nie istnieje. On nie jest księdzem, ja nie jestem parafianką. Ja to ja, on to on, on to ja, ja to on. WSZYSTKO. Kocham go, on kocha mnie. Już nic nie będzie takie samo. Coś się zaczęło. Od tamtej chwili, każdy kolejny krok, to krok w kierunku kompletnego połączenia się. Ale skąd mamy to wiedzieć? Dwoje zagubionych ludzi ze związanymi rękami. Co robić? Chcemy do siebie, to jest pewne. Najchętniej, to nieustannie byśmy patrzyli sobie w oczy. Serca biją jak szalone, my drżymy będąc blisko siebie. Doświadczamy wszystkich emocji. To widać, słychać i czuć…
Pół roku później on nagle wyjeżdża. Nikt nic nie mówi, ja nic nie wiem. Czuję ból, coś mnie rozrywa od środka na wszystkie możliwe strony. Chyba umieram… Tak czuję. Jestem jak zombie. Dom, praca, kościół. Codziennie tam chodzę, bo mam nadzieję, że wrócił. Nie ma go, a ja zaczynam świrować. Ledwo co wracam stamtąd do domu, a po przekroczeniu jego progu padam z płaczem na kolana i na czworaka wlokę się do pokoju. Kładę się na dywanie i wyję (przecież to takie normalne!). Wszystko mnie boli. Nie wiem co dokładnie, ale wszystko. Nie mogę oddychać. Niemiłosierny ból rozsadza mi głowę. Nie mam już sił. Nie wiem nawet, czy leżę, czy co, ale jednym palcem udaje mi się klikać w laptopa, szukając psychiatrów. W końcu odpycham go od siebie. Przecież ja nie jestem nienormalna, ani chora psychicznie! Co prawa nie wiem, co mi jest, ale czuję, że psychiatra tu nie pomoże. To może się zabiję? Tak… zabiję się… Nie! Nie mogę! Przecież moi najbliżsi się załamią, nie mogę im tego zrobić. Jestem tchórzem… Nawet zabić się nie potrafię… Boże, pomóż mi! Tak krzyczę kilka razy, prawie wyrywając sobie włosy… Dostaję SMSa, ledwo co widzę przez spuchnięte oczy, ale czytam, że on jest moją miłością karmiczną. Że czym jest? Czołgam się do laptopa, wpisuję to w Google i klikam na pierwszy lepszy link. Wczytuję się i coraz bardziej nie dowierzam w to, co czytam. „Więcej na ten temat przeczytacie w artykule o Bliźniaczych Płomieniach”, kontynuuję… Serce dziwnie mi bije, a oddech staje się szybszy, jakbym biegła… A może biegłam? Biegłam do prawdy… Zatyka mnie. To nie może być prawda, przecież to jakaś bujda, bajka jakaś. Przecież nie mogę znać i kochać kogoś, kogo pierwszy raz na oczy widzę! „Znacie się od wielu, wielu lat, z wielu wcześniejszych wcieleń”… Brak mi słów. Łzy nie przestają płynąć, nasilają się. Boże, skąd ja mam tyle łez? Dobra, nie ważne. Wiedziałam, wiedziałam, że to, co poczułam do tego księdza, jest wyjątkowe, ale w życiu bym nie pomyślała, że aż tak. Nawet w najśmielszych snach…
A po chaosie była bajka ;) Były motylki, ciasteczka, kwiatuszki i codzienne patatajanie na jednorożcu po tęczy :D Miłość ze mnie kipiała. Promieniowałam nią na wszystkie strony świata. Oczywiście zdarzały się mini dołki, ale zawsze z nich wychodziłam, tak szybko, jak tylko zobaczyłam mojego najdroższego, wpatrzonego we mnie, jak w jakichś cud. No i oczywiście gotowa była przegryźć aortę każdemu, kto by podważył moją teorię pt. NA 100% BĘDZIEMY RAZEM. Byłam gotowa przyodziać zbroję, chwycić za miecz, za łuk, wsiąść na konia i jechać w bój, by walczyć o te przekonania. Miłość była moim paliwem, motorem, całą siłą. Miłość do tego człowieka w habicie. Największa, najpiękniejsza, najprawdziwsza.
Robiliśmy różne podchody do siebie. Pierwszy raz porozmawialiśmy dopiero po 7 miesiącach widzenia się prawie codziennie i gapienia się na siebie, jak dwa małe głupki. Rozmowa brzmiała, jakbyśmy w przedszkolu byli. On prawie 40 lat na karku, ja dziewięć mniej, a oboje, jak dzieci we mgle. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że moja osoba, tak bardzo onieśmiela dojrzałego mężczyznę. Nie rozumiałam tego, ale to było miłe. Po jego minie widziałam, że mimo całego nerwa, jest najszczęśliwszy na świecie, bo jestem obok. Ja też się tak czułam.
I tak nam mijały miesiące i stawało się coraz dziwniej. Miałam coraz więcej przemyśleń, niezrozumiałych emocjonalnych roller coasterów. 31 stycznia 2014 r. ruszyłam z blogiem, na którego przelałam wszystko to, co do tej pory pisałam w moim sekretnym zeszycie. Czułam, że ten blog musi powstać nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla wszystkich, których coś takiego spotkało. Uzewnętrzniłam się do granic możliwości, opisując każdą moją bolączkę, strach, cierpienie, ale też wielką miłość, jaką poczułam do mężczyzny w habicie. Opowiedziałam Wam o mojej przeszłości. Otworzyłam się, jak książka, z której codziennie mogliście (i nadal możecie) czytać.
Wszystko, co wydarzyło się przez te wszystkie miesiące… ja o tym wszystkim wiedziałam, że tak się stanie. Wiedziałam co po czym nastąpi i kto okaże się kim… Wiedziałam, że mój Bliźniak zostanie przeniesiony itd. itp. Odkąd w moim życiu jest Bliźniak, intuicja mnie nie zawiodła, ale ja wielokrotnie zawiodłam intuicję, bo jej nie wierzyłam. Ale mniejsza o większość, bo to już przeszłość. Teraz słucham tylko tego, co słyszę w głębi siebie.
Gdy wysłałam do niego pierwszego SMSa, o dziwo brzmiał on zupełnie inaczej niż planowałam, bo ja chciałam zrobić ładny podkład pod rozmowę, a wyszło na to, że wszczynam jakieś roszczenia, że on się na mnie patrzy ;) Kiedy do mnie zadzwonił, rozmowa telefoniczna również potoczyła się inaczej niż bym chciała, bo przybrałam pozę osoby, która jest gotowa powiedzieć wszystko tak, aby nie ucierpiał na tym jej kobiecy honor i duma. Och ego… Koniec końców umówiliśmy się na spotkanie i wyobraźcie sobie, że ta rozmowa też nie potoczyła się tak jakbym tego chciała! :D Wydało się kilka rzeczy, którym on zaprzeczał w rozmowie, ale nie padły żadne ważne słowa, mimo, że on to wyczuł i otwarcie mnie o to zapytał, czy jest coś jeszcze. Z uśmiechem na ustach, jak jakaś kretynka, odpowiedziałam, że nie. Pożegnaliśmy się i zaczęła się jazda z przeróżnymi unikami w stosunku do jego osoby, bo przecież nie mogłam okazać mojej słabości, co nie? Och ego… kolejny raz…
Gdy dowiedziałam się, że jednak Bliźniaka przenoszą, mój piękny świat zaczął się rozpadać na kawałeczki. Jakoś próbowałam się trzymać, ale to było straszne. Płakałam na mszach, a on to widział i nie pozostawał na to obojętny… To był chyba pierwszy prawdziwy moment, w którym zakneblowałam ego i dałam upust emocjom. Były w każdej łzie i każdej mimice mojej twarzy, w każdym geście, w każdym ruchu… Chciałam do niego pójść, porozmawiać, gotowa byłam na wszystko. Powiem mu, tak, powiem! Wysłałam SMSa z zapytaniem, czy mogę do niego przyjść, ale on milczał… Nigdy mi nie odpisał na tego SMSa… Bolało… Nadal boli…
Ostatnie słowa, jakie wypowiedział na mszy pożegnalnej podczas swojego kazania, brzmiały „Ty wiesz, że Cię kocham. Amen.”… Patrzył wtedy na mnie, mimo że siedziałam daleko. Nic z tego nie rozumiałam. Jak można kogoś kochać, przemycać tą informację na każdym możliwym kroku, a zachowywać się jednocześnie, jak gimnazjalista z fochem? Naprawdę nie ogarniałam.
No i potem nastał ten pamiętny dzień, 4 lipca 2014 r., kiedy to wracając ze spaceru z psem, natknęłam się na Bliźniaka. I znowu ten przypływ odwagi. Znowu akcja w stylu „powiem mu, powiem” i na takim chceniu powiedzenia mu tego się skończyło, bo podjechało czarne auto i mi Bliźniaka spod nosa sprzątnęło. Normalnie, jak w pierdzielonym filmie o mafii! No i tyle go widziałam… Jeszcze tego samego dnia zaczęły się jazdy i paranoje. Głupi ból wrócił. Emocjonalnym roller coasterem to w pierwszym wagoniku zachrzaniałam, co zresztą widać po moich wpisach. Widać każdą najmniejszą zmianę, którą przechodziłam i którą przechodzę. Cztery miesiące bez Bliźniaka dały mi się przeokropnie we znaki. Przeszłam piekło. Znowu chciałam umrzeć, bo bezsens był tak ogromny, że zasłaniał mi wszystko. Jedyne co robiłam, to czekałam na niego i chciałam, bardzo chciałam z nim być. To był priorytet. Pierdzielony priorytet. Te wszystkie plany, które miałam na temat małżeństwa z nim, te wszystkie „ja chcę to i to, tak i tak, wtedy i wtedy”… to wszystko znika. Zaczynam otwierać oczy i serce. Zaczynam akceptować fakt, że może nigdy z nim nie będę. Wmawianie sobie, że się z kimś będzie, BO TAK, to najgorsza rzecz, jaką można zrobić. Zwłaszcza, gdy masz świadomość, że jeszcze nie wszystko jest z Tobą OK. Szczerze zaczynam przyznawać, że nie jestem na Bliźniaka gotowa. Nie jestem, bo moje serce nie jest do końca czyste. Jest w nim ciemność, którego światło jeszcze nie zdołało pokonać. To wszystko objawia się tym całym emocjonalnym roller coasterem. Ale na szczęście zaczynam to wszystko puszczać i wiecie, jaką ulgę czuję? NIESAMOWITĄ!
Akceptuję fakt, że mój Bliźniak ma inną drogę do przejścia niż ja i wcale nie zamierzam cały czas napierać na niego i wciskać mu na siłę tekst „tylko razem będziemy naprawdę szczęśliwi”. Bo to największa ściema ze wszystkich ściem! Prawda jest taka, że szczęście jest w nas i miłość jest w nas. Trzeba to po prostu odkryć i pokochać siebie. Mówisz, ale przecież ja kocham siebie. A ja zapytam: doprawdy? Czy kochasz siebie tak samo mocno, jak kochasz Bliźniaka? Czy oddałbyś życie za siebie, tak jak oddał byś je za Bliźniaka? Hehe no właśnie ;)
Ludzie, którzy napierają na Bliźniaka ze swoją miłością, to ludzie, którzy tak naprawdę nie wierzą w tą więź. Spytacie, ale jak to? A no tak to, bo czy ktoś, kto wierzy w moc Bliźniaczych Płomieni, w siłę tej największej na świecie miłości, próbowałby zamknąć Bliźniaka w klatce, narzucając mu swoją wolę? Gdzie w takim napieraniu jest miłość bezwarunkowa? No gdzie? Miłość bezwarunkowa jest wtedy, gdy mówisz, że kochasz ponad wszystko, a jednocześnie otwierasz dłoń i zostawiasz przestrzeń, by ukochana osoba mogła rozwinąć skrzydła i zrobić to, co chce. Oczywiście, może się okazać, że już tyle przeżyła i jest na tyle gotowa, aby sprostać temu wielkiemu uczuciu, ale w większości przypadków niestety są jeszcze pewne rzeczy do przerobienia i ta bajka nie zakończy się wymarzonym, przyziemnym happy endem z kotletami mielonymi i praniem gaci oraz przewijaniem obesranego, upragnionego dzieciaczka ;)
Ja wiem, że targają nami ludzkie pragnienia miłości i to właśnie nami powoduje, że brniemy i dążymy do usidlenia Bliźniaka, jak zwykłego śmiertelnika. Ale czas spojrzeć prawdzie w oczy i przestać się oszukiwać, a co za tym idzie, oszukiwać innych…
Jesteśmy Bliźniaczymi Płomieniami, a nie żonami mężów i mężami żon. Wbijcie to sobie do głów w końcu! Tu nie będzie, jak w bajce, że miłość od pierwszego wejrzenia, zaręczyny, ślub, dzieci i żyli długo i szczęśliwie. Tu będzie miłość od pierwszego wejrzenia i cały roller coaster emocjonalny z cierpieniem, niezrozumieniem ze strony świata, łzami, bólem, ale także stanami totalnej ekstazy, szczęścia itd. Nie będę Wam obiecywać i mydlić oczu tym, że TAK, na pewno się zejdziemy z naszymi Bliźniakami jeszcze w tym wcieleniu. Już nigdy tego nie zrobię, bo nigdzie nie ma tej gwarancji. Nie wierzycie mi? Rozejrzycie się po necie, poczytajcie doświadczenia innych, to się przekonacie. Co z tego, że ktoś jest święcie przekonany o tym, że tak będzie? Ja też byłam i co? Dziś przechodzę tzw. Dark Night Of The Soul (Ciemną Noc Duszy) i co mi po tych wszystkich przeczuciach, że na pewno będziemy razem? NIC. Bo tu wcale o to nie chodzi. Nie chodzi o bycie w związku z Bliźniakiem, bo tak na marginesie, to ten związek cały czas jest :D Tu chodzi o zmianę siebie, nastawienia do świata, o pomoc innym. Związek z Bliźniakiem, to tylko i wyłącznie bonus, taki piękny gratis, gdy dobrze wypełnisz swoje zadanie. A Twoim zadaniem jest pokochać siebie, odnaleźć w sobie szczęście i dzielić się nim z resztą świata.
Możecie mnie teraz zjechać od A do Z. Wyśmiać, wykpić, napisać, że jestem głupia i codziennie powtarzać, że to Wam się nie podoba, tamto Wam się nie podoba. TEN BLOG NIE JEST PO TO, ŻEBY KOMUŚ SIĘ COŚ PODOBAŁO, ale po to żeby pokazać swoje świadectwo. Świadectwo tego, jak wygląda cały proces, gdy już raz do Ciebie dotrze, że JESTEŚ BLIŹNIACZYM PŁOMIENIEM.

P.S. Możesz się rzucać, robić wszystko żeby zapomnieć, czy przestać czuć. Możesz się upijać codziennie, czy co tam sobie „stryjenka winszuje”, ale wiedz, że to uczucie nigdy nie zniknie. Nawet jak będziesz się zarzekać, że w to nie wierzysz, będziesz się zapierać rękami i nogami, to uczucie nie zniknie. Ta miłość zawsze będzie z Tobą chcesz tego, czy nie. Chciałabym teraz powiedzieć, abyście zawczasu zaczęli to puszczać, ale niestety uzdrowienie jest w cierpieniu, więc cierpcie na zdrowie :)
Dobra wiadomość jest taka, że to cierpienie naprawdę się kiedyś skończy i wtedy będziesz najprawdziwszym sobą. Zobaczysz :)

27 Komentarze

  1. No, straszna, bo opisuję to, co mnie spotkało i to co czuję ;) Naprawdę, straszna menda ;)

  2. Pięknie to opisałaś. Wspomnienia są cenne i pokazują jaką długą i ciężką drogę przeszliśmi, widać jak się zmienialiśmy… czasami coś rozumieliśmy po to by za moment wylądować w ciemnej doopie, a byliśmy w niej po to żeby zrozumieć jeszcze coś innego. I ten proces ciągle trwa… ale kto jak kto MY Bliżniaki musimy temu stawić czoła by wyjść na upragnioną prostą, już nie mówię o gorze … prosta w zupełności wystarczy :)

    Wiem po sobie, że ciężko jest zaakceptować drogę bliźniaka, ale ufam mu że wie co robi i że ma to jakiś sens. I czekam z utęsknieniem na ten moment… nie ten kiedy się połączymy.. tylko ten kiedy skończy się to cierpienie i poczuje ogromną ulgę, choć byc może nastąpią one jednocześnie ale nie uzależniam ich od siebie :)

    Taryn! Może tak trzeba przestać grzebać w przeszłości i ogladać się do tyłu? Trza iść na przód i dążyć do szczęścia inną drogą .. nie tą bliźniaka a własną :) ooo! :D chyba po to to napisałaś :)

  3. Pięknie, nie pięknie, tak czy siak opisałam swoją prawdę. Co się ze mną działo od samego początku aż po dziś dzień. Teraz otwierają się przede mną nowe możliwości. Czas bez Bliźniaka trzeba dobrze spożytkować na to, co zrobi ze mnie gotową na tą piękną miłość. W tym, czy w następnym wcieleniu, co za różnica :) Liczy się to, że go kocham i nic oraz nikt nie jest w stanie rozwalić nam tej więzi :)

  4. absolutnie nikt! I wiesz co, ja mam tą pewność i ufam swojemu bliźniakowi że słowa dotrzyma :D bo jak nie, to skończę tą nieskonczoność.. przekopując się przez całą wieczność i go odnajdę i nakopie do doopy! :D

  5. oj zrobie :D a później sztuczne oddychanie i masaż serduszka mrrrrr :D no i jak bedzie grzeczny to może przytulę i już nigdy nie puszczę :D i nieskończoność dopiero się zacznie :D

  6. Człowiek to potężna istota, czasem nie zdajemy sobie sprawy jaką siłę mamy w sobie, w momencie kiedy odkryjesz prawdę o samym sobie, zauważysz że na plecach wyrastają Ci skrzydła.

    Ta transformacja boli, przejście ze świadomości zycia Ego do świadomości Duszy, to jest proces, to się nie dzieje w ciągu tygodnia, mamy za sobą kilkanaście wcieleń, więc pozbyć się tego syfu, to jest mega wyzwanie, to trwa, a cierpienie to Błogosławieństwo, Ból nas oczyszcza, zaakceptujmy to wreszcie.

    Ale śmiało mogę stwierdzić, że najgorsze mamy za sobą…

    Przed nami kolejne wyzwania, jeszcze niewiadomo co nas czeka, ale z całą tą wiedzą jaką mamy w sobie, spokojnie sobie poradzimy, z każdym wyzwaniem.

    Nasze ciała i nasza Dusza musi stać się jednym, musi być w nas równowaga.

    Jesteśmy Aniołami w ludzkim ciele, które znowu muszą nauczyć się latać.

    Bliźniacze Płomienie inkarnują się razem bo mają wspólną misje.Każdy podświadomie zna swoje zadanie.

    Tej Miłości nie jest w stanie zniszczyć NIC, ufajmy więc sobie, ufajmy naszym Bliźniakom.

    Amen :*

  7. „Czy oddałbyś życie za siebie, tak jak oddał byś je za Bliźniaka?”

    wydaje mi się, że to pytanie jeden z kluczy.
    Nie jest to proste faktycznie, wbrew pozorom łatwiej o to drugie.

  8. Tu nie chodzi o to aby umrzeć dla siebie , tylko o to by umieć ŻYĆ razem.

    Dodam jeszcze, że w momencie kiedy rozsypałam się na miliony kawałków, mojemu Bliźniakowi wcale nie szło lepiej, sam mi o tym powiedział, oczywiście nie przyznał wprost że to przez nasze rozstanie, powiedział, że praktycznie całe lato pił i imprezował, On sportowiec , który na codzień uznaje zdrowy tryb życia…

    Druga sprawa, ostatnim razem gdy się widzieliśmy, powiedział, że już więcej się nie zobaczymy bo „musimy zacząć normalnie żyć”
    Acha! Więc teraz jest nienormalnie?!

    Mój Bliźniak miał trudne dzieciństwo, uczucie które On poczuł do mnie przerosło go, On tego nie znał wcześniej, nikt wcześniej tak go nie kochał jak Ja, a i On wcześniej nikogo tak nie kochał jak kocha mnie, a ludzie boją się tego co nie znane…
    A najlepszą obroną jest atak i ucieczka.

    Oni muszą zrozumieć, że to co nas spotkało, to co nas łączy, nie jest czymś nienormalnym i niebezpiecznym, tylko czymś pięknym i całkowicie normalnym.

    Miłość Bliźniaczych Płomieni przetrwa wszystko, to mogę Wam obiecać :)

    To co nas łączy, to historia która nigdy się nie kończy, to jest w naszych sercach.

    Im bardziej wnikam w głąb siebie, tym bardziej rozumiem jego.

  9. No bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy bardzo podobni jak nie tacy sami pod tą skorupą :)

  10. zdanie które zacytowałem z wpisu Taryn i odnosi się w przenośni do śmierci to wiadomo że nie chodzi tu o unicestwienie siebie ale o przezwyciężenie swoich słabości. I to w pewnym sensie jest tym „oddaniem życia” oddaniem starego życia na rzecz nowego.
    Bo inaczej ciżko umieć „Żyć razem” z bliźniakiem.

  11. Żyć razem z Bliźniakiem, to nic innego jak nauczyć się żyć z samym sobą.
    Spotkanie z Bliźniakiem pokazało mi, że mam w sobie dużo strachu i kompleksów, że chyba siebie nie lubię, On mnie nauczył Miłości i akceptacji do samej siebie, to tak jakbym narodziła się na nowo.

    Każda Bliźniacza para jest jednością, dochodzimy do tych samych wniosków, ale z przeciwnych stron.On jest mną , Ja jestem Nim :)

  12. Mauro! Gdzie się podziewałeś? :)
    Uważam, ze to przykre, że większość z nas jest w stanie zrobić więcej dla Bliźniaka niż dla samego siebie. Powinniśmy się nad tym dłużej zastanowić. Skoro tworzymy jedność, to dlaczego „jego część” lepiej traktujemy niż „swoją część”.
    „Podzielimy się po równo. Dla Ciebie wszystko, dla mnie gówno” ;)
    Nie zamierzam tak żyć, że wszystko będę robić dla niego i pod niego. To już było. Czas zacząć kochać siebie i myśleć o sobie.
    Co nie umniejsza w żaden sposób mojej miłości do niego, która jest po prostu ponad normę i wszystko co do tej pory znałam.
    Nigdy nikogo nie kochałam tak jak jego i nigdy już nie pokocham tak, to jest jasne jak słońce.
    Miłość powinna być wolna, a nie trzymana ze wszystkich sił na wszystkie możliwe sposoby.

  13. Dlatego właśnie powinniśmy skupić się na sobie, przede wszystkim na sobie.

    Zacząć żyć szczęśliwie z samym sobą.

    Wszystko co najlepsze jest przed nami.

  14. Taryn ! zaginąłem w akcji chciałoby się powiedziec :) hihihi

    Aktualnie stoje jedną nogą na planie ziemskim a druga na planie duchowym. I jak tak patrzę to ten plan ziemski jest bardziej skomplikowany. Ludzie naprawdę potrafią sobie wszystko skomplikować a już nie mówię jak trzeba coś poważnego rozwiązać to już wogóle. No ale widocznie przyszło mi się tego nauczyć choć jeszcze tak z 7 lat temu o czymś takim nie myślałem.

    Z tym robieniem czegoś dla siebie to faktycznie zauważyłem że chwytałem się na tym a co bliźniaczka na to. Szczerze powiem że już chyba odszedłem i wydaje mi się że ona akceptuje różne rzeczy z mojej strony choć niektóre na pewno nie są jej po nosie. Ale co zrobie jestem jaki jestem. Wiem tyle że bardzo cierpi w skryciu, cierpi to wiem napewno.

    Mnie jeszcze czeka droga wybosita i pewnie pełna niespodzianek.
    Staram się trzymać fason choć czasami emocje i wachania są spore choć już rzadziej niż jeszcze kilka miesięcy temu.

    Masz rację Taryn nie ma Prawdziwej Miłości bez Wolności i o tym też warto pamiętać.

  15. Mauro, dobrze, że się odnalazłeś i dalej odnajdujesz :)
    Trzymam kciuki za Twoją drogę, bo wiem, że idziesz w dobrą stronę.

  16. W życiu każdego z nas prędzej czy później przychodzi taki moment, by się przebudzić z tego długiego snu, poczuć czym jest prawda, a czym iluzja.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.