Chcę zapamiętać, jak najwięcej…

Chcę zapamiętać jak najwięcej z tego życia, tak na wypadek, gdyby obecne wcielenie nie było tym finalnym i gdybym następnym razem musiała sobie znowu wszystko przypominać, gdy Cię spotkam.
Są takie rzeczy, których się nie zapomina i wystarczy dosłownie jedno spojrzenie w oczy, żeby sobie WSZYSTKO przypomnieć. Jedno jedyne spojrzenie, które zmienia życie.

Boszsz, właśnie dostałam SMSa od „wróżki”: „Kochanie, to się stało! Ta osoba będzie w Twoim życiu, bo rozumie już, że Cię KOCHA! „. Głupi SMS, a ja wybuchnęłam płaczem, jak wariatka… Taka sytuacja.

Sposób patrzenia

change1

 

Jeśli zmienisz sposób patrzenia na pewne rzeczy, rzeczy, na które patrzysz, zmienią się.

- Autor nieznany

Jakie to prawdziwe! Jak patrzysz na coś tylko i wyłącznie przez „różowe okulary”, to nie widzisz, że to coś ma także inne kolory. A życie jest piękne, pełne innych barw i każda z tych barw coś w to życie wnosi. Nie można cały czas widzieć czegoś na czarno albo cały czas czegoś wybielać. Czarne kiedyś mija, a białe czernieje. Nie bój się patrzeć na świat w różnych kolorach. Ta paleta jest nieograniczona :) Tylko ludzie lubią sobie utrudniać to wszystko i żyć ograniczeniami.

Moja historia w pigułce, ewentualnie w czopku ;D

No to jedziem z tym koksem. Dziś pojadę po sobie, a kto chce odnieść to do siebie, bo też tak czuje, proszę bardzo.
Na początku był chaos ;) Tak, chaos, bo nie wiedziałam co mi jest. Przecież nie idziesz do kościoła po to, aby się zakochać. Przecież nie idziesz tam na miłosne łowy. I nagle taka ja, która wróciła do kościoła po kilkunastu latach, nadal nieufająca facetom w sukienkach… Nagle taka ja widzi jednego z nich i czuje, że go kocha, że go zna i że on też… Pierwsze sekundy, a ja już wiem, że on to zostawi i będziemy razem. Ale jak to? A no tak to. I wtem on się odwraca i patrzy prosto w moje oczy… zamiera. Nic nie istnieje. On nie jest księdzem, ja nie jestem parafianką. Ja to ja, on to on, on to ja, ja to on. WSZYSTKO. Kocham go, on kocha mnie. Już nic nie będzie takie samo. Coś się zaczęło. Od tamtej chwili, każdy kolejny krok, to krok w kierunku kompletnego połączenia się. Ale skąd mamy to wiedzieć? Dwoje zagubionych ludzi ze związanymi rękami. Co robić? Chcemy do siebie, to jest pewne. Najchętniej, to nieustannie byśmy patrzyli sobie w oczy. Serca biją jak szalone, my drżymy będąc blisko siebie. Doświadczamy wszystkich emocji. To widać, słychać i czuć…
Pół roku później on nagle wyjeżdża. Nikt nic nie mówi, ja nic nie wiem. Czuję ból, coś mnie rozrywa od środka na wszystkie możliwe strony. Chyba umieram… Tak czuję. Jestem jak zombie. Dom, praca, kościół. Codziennie tam chodzę, bo mam nadzieję, że wrócił. Nie ma go, a ja zaczynam świrować. Ledwo co wracam stamtąd do domu, a po przekroczeniu jego progu padam z płaczem na kolana i na czworaka wlokę się do pokoju. Kładę się na dywanie i wyję (przecież to takie normalne!). Wszystko mnie boli. Nie wiem co dokładnie, ale wszystko. Nie mogę oddychać. Niemiłosierny ból rozsadza mi głowę. Nie mam już sił. Nie wiem nawet, czy leżę, czy co, ale jednym palcem udaje mi się klikać w laptopa, szukając psychiatrów. W końcu odpycham go od siebie. Przecież ja nie jestem nienormalna, ani chora psychicznie! Co prawa nie wiem, co mi jest, ale czuję, że psychiatra tu nie pomoże. To może się zabiję? Tak… zabiję się… Nie! Nie mogę! Przecież moi najbliżsi się załamią, nie mogę im tego zrobić. Jestem tchórzem… Nawet zabić się nie potrafię… Boże, pomóż mi! Tak krzyczę kilka razy, prawie wyrywając sobie włosy… Dostaję SMSa, ledwo co widzę przez spuchnięte oczy, ale czytam, że on jest moją miłością karmiczną. Że czym jest? Czołgam się do laptopa, wpisuję to w Google i klikam na pierwszy lepszy link. Wczytuję się i coraz bardziej nie dowierzam w to, co czytam. „Więcej na ten temat przeczytacie w artykule o Bliźniaczych Płomieniach”, kontynuuję… Serce dziwnie mi bije, a oddech staje się szybszy, jakbym biegła… A może biegłam? Biegłam do prawdy… Zatyka mnie. To nie może być prawda, przecież to jakaś bujda, bajka jakaś. Przecież nie mogę znać i kochać kogoś, kogo pierwszy raz na oczy widzę! „Znacie się od wielu, wielu lat, z wielu wcześniejszych wcieleń”… Brak mi słów. Łzy nie przestają płynąć, nasilają się. Boże, skąd ja mam tyle łez? Dobra, nie ważne. Wiedziałam, wiedziałam, że to, co poczułam do tego księdza, jest wyjątkowe, ale w życiu bym nie pomyślała, że aż tak. Nawet w najśmielszych snach…
A po chaosie była bajka ;) Były motylki, ciasteczka, kwiatuszki i codzienne patatajanie na jednorożcu po tęczy :D Miłość ze mnie kipiała. Promieniowałam nią na wszystkie strony świata. Oczywiście zdarzały się mini dołki, ale zawsze z nich wychodziłam, tak szybko, jak tylko zobaczyłam mojego najdroższego, wpatrzonego we mnie, jak w jakichś cud. No i oczywiście gotowa była przegryźć aortę każdemu, kto by podważył moją teorię pt. NA 100% BĘDZIEMY RAZEM. Byłam gotowa przyodziać zbroję, chwycić za miecz, za łuk, wsiąść na konia i jechać w bój, by walczyć o te przekonania. Miłość była moim paliwem, motorem, całą siłą. Miłość do tego człowieka w habicie. Największa, najpiękniejsza, najprawdziwsza.
Robiliśmy różne podchody do siebie. Pierwszy raz porozmawialiśmy dopiero po 7 miesiącach widzenia się prawie codziennie i gapienia się na siebie, jak dwa małe głupki. Rozmowa brzmiała, jakbyśmy w przedszkolu byli. On prawie 40 lat na karku, ja dziewięć mniej, a oboje, jak dzieci we mgle. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że moja osoba, tak bardzo onieśmiela dojrzałego mężczyznę. Nie rozumiałam tego, ale to było miłe. Po jego minie widziałam, że mimo całego nerwa, jest najszczęśliwszy na świecie, bo jestem obok. Ja też się tak czułam.
I tak nam mijały miesiące i stawało się coraz dziwniej. Miałam coraz więcej przemyśleń, niezrozumiałych emocjonalnych roller coasterów. 31 stycznia 2014 r. ruszyłam z blogiem, na którego przelałam wszystko to, co do tej pory pisałam w moim sekretnym zeszycie. Czułam, że ten blog musi powstać nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla wszystkich, których coś takiego spotkało. Uzewnętrzniłam się do granic możliwości, opisując każdą moją bolączkę, strach, cierpienie, ale też wielką miłość, jaką poczułam do mężczyzny w habicie. Opowiedziałam Wam o mojej przeszłości. Otworzyłam się, jak książka, z której codziennie mogliście (i nadal możecie) czytać.
Wszystko, co wydarzyło się przez te wszystkie miesiące… ja o tym wszystkim wiedziałam, że tak się stanie. Wiedziałam co po czym nastąpi i kto okaże się kim… Wiedziałam, że mój Bliźniak zostanie przeniesiony itd. itp. Odkąd w moim życiu jest Bliźniak, intuicja mnie nie zawiodła, ale ja wielokrotnie zawiodłam intuicję, bo jej nie wierzyłam. Ale mniejsza o większość, bo to już przeszłość. Teraz słucham tylko tego, co słyszę w głębi siebie.
Gdy wysłałam do niego pierwszego SMSa, o dziwo brzmiał on zupełnie inaczej niż planowałam, bo ja chciałam zrobić ładny podkład pod rozmowę, a wyszło na to, że wszczynam jakieś roszczenia, że on się na mnie patrzy ;) Kiedy do mnie zadzwonił, rozmowa telefoniczna również potoczyła się inaczej niż bym chciała, bo przybrałam pozę osoby, która jest gotowa powiedzieć wszystko tak, aby nie ucierpiał na tym jej kobiecy honor i duma. Och ego… Koniec końców umówiliśmy się na spotkanie i wyobraźcie sobie, że ta rozmowa też nie potoczyła się tak jakbym tego chciała! :D Wydało się kilka rzeczy, którym on zaprzeczał w rozmowie, ale nie padły żadne ważne słowa, mimo, że on to wyczuł i otwarcie mnie o to zapytał, czy jest coś jeszcze. Z uśmiechem na ustach, jak jakaś kretynka, odpowiedziałam, że nie. Pożegnaliśmy się i zaczęła się jazda z przeróżnymi unikami w stosunku do jego osoby, bo przecież nie mogłam okazać mojej słabości, co nie? Och ego… kolejny raz…
Gdy dowiedziałam się, że jednak Bliźniaka przenoszą, mój piękny świat zaczął się rozpadać na kawałeczki. Jakoś próbowałam się trzymać, ale to było straszne. Płakałam na mszach, a on to widział i nie pozostawał na to obojętny… To był chyba pierwszy prawdziwy moment, w którym zakneblowałam ego i dałam upust emocjom. Były w każdej łzie i każdej mimice mojej twarzy, w każdym geście, w każdym ruchu… Chciałam do niego pójść, porozmawiać, gotowa byłam na wszystko. Powiem mu, tak, powiem! Wysłałam SMSa z zapytaniem, czy mogę do niego przyjść, ale on milczał… Nigdy mi nie odpisał na tego SMSa… Bolało… Nadal boli…
Ostatnie słowa, jakie wypowiedział na mszy pożegnalnej podczas swojego kazania, brzmiały „Ty wiesz, że Cię kocham. Amen.”… Patrzył wtedy na mnie, mimo że siedziałam daleko. Nic z tego nie rozumiałam. Jak można kogoś kochać, przemycać tą informację na każdym możliwym kroku, a zachowywać się jednocześnie, jak gimnazjalista z fochem? Naprawdę nie ogarniałam.
No i potem nastał ten pamiętny dzień, 4 lipca 2014 r., kiedy to wracając ze spaceru z psem, natknęłam się na Bliźniaka. I znowu ten przypływ odwagi. Znowu akcja w stylu „powiem mu, powiem” i na takim chceniu powiedzenia mu tego się skończyło, bo podjechało czarne auto i mi Bliźniaka spod nosa sprzątnęło. Normalnie, jak w pierdzielonym filmie o mafii! No i tyle go widziałam… Jeszcze tego samego dnia zaczęły się jazdy i paranoje. Głupi ból wrócił. Emocjonalnym roller coasterem to w pierwszym wagoniku zachrzaniałam, co zresztą widać po moich wpisach. Widać każdą najmniejszą zmianę, którą przechodziłam i którą przechodzę. Cztery miesiące bez Bliźniaka dały mi się przeokropnie we znaki. Przeszłam piekło. Znowu chciałam umrzeć, bo bezsens był tak ogromny, że zasłaniał mi wszystko. Jedyne co robiłam, to czekałam na niego i chciałam, bardzo chciałam z nim być. To był priorytet. Pierdzielony priorytet. Te wszystkie plany, które miałam na temat małżeństwa z nim, te wszystkie „ja chcę to i to, tak i tak, wtedy i wtedy”… to wszystko znika. Zaczynam otwierać oczy i serce. Zaczynam akceptować fakt, że może nigdy z nim nie będę. Wmawianie sobie, że się z kimś będzie, BO TAK, to najgorsza rzecz, jaką można zrobić. Zwłaszcza, gdy masz świadomość, że jeszcze nie wszystko jest z Tobą OK. Szczerze zaczynam przyznawać, że nie jestem na Bliźniaka gotowa. Nie jestem, bo moje serce nie jest do końca czyste. Jest w nim ciemność, którego światło jeszcze nie zdołało pokonać. To wszystko objawia się tym całym emocjonalnym roller coasterem. Ale na szczęście zaczynam to wszystko puszczać i wiecie, jaką ulgę czuję? NIESAMOWITĄ!
Akceptuję fakt, że mój Bliźniak ma inną drogę do przejścia niż ja i wcale nie zamierzam cały czas napierać na niego i wciskać mu na siłę tekst „tylko razem będziemy naprawdę szczęśliwi”. Bo to największa ściema ze wszystkich ściem! Prawda jest taka, że szczęście jest w nas i miłość jest w nas. Trzeba to po prostu odkryć i pokochać siebie. Mówisz, ale przecież ja kocham siebie. A ja zapytam: doprawdy? Czy kochasz siebie tak samo mocno, jak kochasz Bliźniaka? Czy oddałbyś życie za siebie, tak jak oddał byś je za Bliźniaka? Hehe no właśnie ;)
Ludzie, którzy napierają na Bliźniaka ze swoją miłością, to ludzie, którzy tak naprawdę nie wierzą w tą więź. Spytacie, ale jak to? A no tak to, bo czy ktoś, kto wierzy w moc Bliźniaczych Płomieni, w siłę tej największej na świecie miłości, próbowałby zamknąć Bliźniaka w klatce, narzucając mu swoją wolę? Gdzie w takim napieraniu jest miłość bezwarunkowa? No gdzie? Miłość bezwarunkowa jest wtedy, gdy mówisz, że kochasz ponad wszystko, a jednocześnie otwierasz dłoń i zostawiasz przestrzeń, by ukochana osoba mogła rozwinąć skrzydła i zrobić to, co chce. Oczywiście, może się okazać, że już tyle przeżyła i jest na tyle gotowa, aby sprostać temu wielkiemu uczuciu, ale w większości przypadków niestety są jeszcze pewne rzeczy do przerobienia i ta bajka nie zakończy się wymarzonym, przyziemnym happy endem z kotletami mielonymi i praniem gaci oraz przewijaniem obesranego, upragnionego dzieciaczka ;)
Ja wiem, że targają nami ludzkie pragnienia miłości i to właśnie nami powoduje, że brniemy i dążymy do usidlenia Bliźniaka, jak zwykłego śmiertelnika. Ale czas spojrzeć prawdzie w oczy i przestać się oszukiwać, a co za tym idzie, oszukiwać innych…
Jesteśmy Bliźniaczymi Płomieniami, a nie żonami mężów i mężami żon. Wbijcie to sobie do głów w końcu! Tu nie będzie, jak w bajce, że miłość od pierwszego wejrzenia, zaręczyny, ślub, dzieci i żyli długo i szczęśliwie. Tu będzie miłość od pierwszego wejrzenia i cały roller coaster emocjonalny z cierpieniem, niezrozumieniem ze strony świata, łzami, bólem, ale także stanami totalnej ekstazy, szczęścia itd. Nie będę Wam obiecywać i mydlić oczu tym, że TAK, na pewno się zejdziemy z naszymi Bliźniakami jeszcze w tym wcieleniu. Już nigdy tego nie zrobię, bo nigdzie nie ma tej gwarancji. Nie wierzycie mi? Rozejrzycie się po necie, poczytajcie doświadczenia innych, to się przekonacie. Co z tego, że ktoś jest święcie przekonany o tym, że tak będzie? Ja też byłam i co? Dziś przechodzę tzw. Dark Night Of The Soul (Ciemną Noc Duszy) i co mi po tych wszystkich przeczuciach, że na pewno będziemy razem? NIC. Bo tu wcale o to nie chodzi. Nie chodzi o bycie w związku z Bliźniakiem, bo tak na marginesie, to ten związek cały czas jest :D Tu chodzi o zmianę siebie, nastawienia do świata, o pomoc innym. Związek z Bliźniakiem, to tylko i wyłącznie bonus, taki piękny gratis, gdy dobrze wypełnisz swoje zadanie. A Twoim zadaniem jest pokochać siebie, odnaleźć w sobie szczęście i dzielić się nim z resztą świata.
Możecie mnie teraz zjechać od A do Z. Wyśmiać, wykpić, napisać, że jestem głupia i codziennie powtarzać, że to Wam się nie podoba, tamto Wam się nie podoba. TEN BLOG NIE JEST PO TO, ŻEBY KOMUŚ SIĘ COŚ PODOBAŁO, ale po to żeby pokazać swoje świadectwo. Świadectwo tego, jak wygląda cały proces, gdy już raz do Ciebie dotrze, że JESTEŚ BLIŹNIACZYM PŁOMIENIEM.

P.S. Możesz się rzucać, robić wszystko żeby zapomnieć, czy przestać czuć. Możesz się upijać codziennie, czy co tam sobie „stryjenka winszuje”, ale wiedz, że to uczucie nigdy nie zniknie. Nawet jak będziesz się zarzekać, że w to nie wierzysz, będziesz się zapierać rękami i nogami, to uczucie nie zniknie. Ta miłość zawsze będzie z Tobą chcesz tego, czy nie. Chciałabym teraz powiedzieć, abyście zawczasu zaczęli to puszczać, ale niestety uzdrowienie jest w cierpieniu, więc cierpcie na zdrowie :)
Dobra wiadomość jest taka, że to cierpienie naprawdę się kiedyś skończy i wtedy będziesz najprawdziwszym sobą. Zobaczysz :)