Same fakty

Mam do Was pytanie? Jak się czujecie na co dzień? Czy jesteście szczęśliwi? Czy śmiejąc się, śmiejecie się szczerze, nic nie udając, nie chowając za maską?
Kto z Was może powiedzieć: Jestem w 100% szczęśliwy i spełniony.
Kto z Was budzi się rano i myśli: Dziś będzie wspaniały dzień!
Kto z Was nic nie udaje przed innymi? Przed samym sobą…
Mi osobiście jest źle. Było źle…
Ostatnie trzy miesiące były walką z tęsknotą, bólem, żalem i rozgoryczeniem. Walką o siebie samą. O to żeby nie zamknąć się w czterech ścianach i nie zapłakać się na śmierć. Dni, kiedy nie płakałam, mogłabym policzyć na palcach dwóch rąk… Każdego dnia musiałam się do czegoś zmuszać. Musiałam, bo zrobiłam z Bliźniaka sens mojego istnienia. Gdy wyjechał, to wszystko straciło ten sens… I niestety kochani, prawda jest taka, że Wy też to robicie. I to jest błąd.
Uzależniamy wszystko od Bliźniaka, tak jakby to on był punktem centralnym naszego życia. To jest żałosne i trzeba zacząć otwarcie o tym mówić. Skupiamy się na tym, że chcemy z nim być i wmawiamy sobie, że szczęśliwi możemy być tylko i wyłącznie z nim. Ciągle powtarzałam żeby kochać Bliźniaka nie zatracając się w tym, a sama się w tym zatraciłam i nie widziałam tego! Tak bardzo się starałam nie popaść w takie coś, ale niestety, stało się i wrąbałam się w to po same uszy. Nie chcę tak żyć. Nie chcę codziennie płakać. Nie chcę zawieszać się w bezkresności bezsensu. Chcę być szczęśliwa i wolna od trosk.
Spotkanie Bliźniaka przyniosło wiele dobrego. Zmieniłam się, mam inne myślenie. Jednak zbytnio pozwoliłam na to, aby uczucie do niego przejęło kontrolę nad wszystkim. Kocham go bardzo, to jest fakt niezaprzeczalny i niepodważalny, ale nie chcę być nieszczęśliwa:
- bo się nie odzywa
- bo mi nie odpisuje, gdy do niego piszę
- bo nie znam jego stanowiska w naszej sprawie
- bo wyjechał
- bo jest daleko
- bo nie może być fizycznie przy mnie
- bo nie wiem, jak to wszystko rozwiązać żeby było dobrze
- bo nie radzę sobie bez niego
Do tej pory żyłam, odmawiając sobie wielu rzeczy. Zupełnie, jakbym była czymś ograniczona z każdej strony. Nie zrobię tego, bo Bliźniak. Nie pójdę tam, bo Bliźniak. Nie poczuję nic innego, bo Bliźniak. Nie chcę tak żyć. Miłość do niego ma mi pomagać wzrastać, a nie kulić się w kącie. Połączyło nas Niebo. Rozłączyła nas Ziemia. Ale i tak jestem wdzięczna Bogu za to, że on w ogóle pojawił w moim życiu, bo dzięki temu znalazłam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie aspektów życia. Dziś jestem bardziej świadoma siebie i świata. Czy mądrzejsza? Nie wiem, bo gdybym była mądra, to nie dopuściłabym do sytuacji, w której się znalazłam…
Wiecie co? Były dni, gdy patrzyłam w okno z takim poczuciem bezsensu, że nawet nie wiem, czy śmierć by mi pomogła się od tego uwolnić. Gdziekolwiek jechałam, gdziekolwiek szłam, to całe głupie uczucie szło ze mną. Mogłabym wyjechać na koniec świata, ale to wszystko pojechałoby ze mną. Czy tak powinno być? NIE.
Kilka ostatnich dni przyniosło ze sobą coś, co mnie kompletnie odciągnęło od tego, co boli i przytłacza. Nie spodziewałam się tego wcale, nie robiłam nic w tym kierunku. Samo do mnie przyszło i teraz cały czas dostaję znaki z tym związane. Nie wiem o co z tym chodzi, ale ewidentnie mnie uszczęśliwiło, podniosło na duchu, pokazało, że obok toczy się wspaniałe życie, którego częścią mogę być. I BĘDĘ. Nie zamierzam siedzieć w domu i płakać z powodu Bliźniaka. Nie zamierzam rozmyślać nad tym dlaczego dzieje się z nami tak, a nie inaczej. Nie zamierzam robić z siebie męczennicy, bo to nie jest w moim stylu! Ja jestem wesołą, uśmiechniętą dziewczyną, pełną życia, a nie zdołowanym ponurakiem. Nie chcę wzruszać ramionami na znak, że wszystko mi jedno. Nie chcę żeby było mi wszystko jedno. Chcę iść przed siebie, uśmiechnięta, z mnóstwem pomysłów.
Nie prosiłam się o Bliźniaka. To się po prostu stało i się nie odstanie. Będę musiała z tym żyć już zawsze. Wróci, czy nie wróci, w tym momencie mam to gdzieś, bo muszę siebie ratować przed nicością, w którą codziennie coraz bardziej się zagłębiałam przez te ostatnie trzy miesiące. Dość, do cholery. DOŚĆ.
Zamierzam iść za znakami, które dostaję i nikt mnie od tego nie odwiedzie. Nie dostaję ich bez powodu, bo nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak więc idę za nimi żeby zobaczyć, jaka jest przyczyna. I będę się codziennie szczerze z tego cieszyć i za przeproszeniem, srać tęczą.
Wierzę, że dostałam to wszystko od Boga, bo teraz na ten właśnie czas, jest mi to do czegoś potrzebne. Wierzę w to tym bardziej, że wcześniej tego nie znałam, nie wiedziałam, że istnieje. Pojawiło się znikąd i okazało się, że od dłuższego czasu moja droga z tym czymś się krzyżowała, czasem nawet tego samego dnia, w tym samym momencie. To szło za mną i ja szłam za tym i nie wiedziałam o tym. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale takie są fakty. Gdy to odkryłam, przez chwilę siedziałam zszokowana totalnie, a teraz z każdym kolejnym znakiem, coraz bardziej mi do śmiechu :D Wczoraj po raz pierwszy od bardzo długiego czasu śmiałam się tak szczerze, jak tylko można sobie to wyobrazić. I czułam się wolna i niczym nieograniczona. Taka niezależna, jak zawsze lubiłam. Wspaniałe uczucie, o którym zapomniałam! Nie wiem,jak tak mogłam…
Coś się zmieniło. Coś się stało we Wszechświecie. Czuję, że muszę odbić od tego brzegu i płynąć w drugą stronę. Tak czuję i tak zrobię. Może to wszystko dzieje się po to, abym coś więcej zrozumiała albo dlatego, że to droga, na końcu której jest moja przystań. A może dostanę od życia po tyłku… Nie wiem, ale przecież to wyjdzie w praniu. Prędzej, czy później się o tym przekonam. I wiecie co? Na końcu mojego życia na pewno nie będę żałowała, że stałam w miejscu i czekałam na cud. Będę dumna, że ruszyłam z miejsca i zrobiłam coś, aby dobrze mi się żyło, w poczuciu spełnienia, a nie w cieniu tęsknoty za Bliźniakiem.