Tydzień bez Bliźniaka

No i proszę, minął tydzień. Ale z drugiej strony, O MAMO, czuję jakby minęło nie wiem ile czasu. Czuję, jakbym przez ten tydzień przerobiła kilka lat. Kilka lat nauki o sobie… Myślałam, że będzie gorzej, bo tak się zapowiadało, a tymczasem, ja mam się naprawdę dobrze. Nie jest to, co prawda, szczytowa forma, ale nie jest to też depresja zaawansowana. Pogoda ducha umiarkowana ;) Nie przegrzewam się, ani nie marznę ;) Cały czas analizuję wszystko, pewne rzeczy zaczynam dostrzegać  w nowym świetle. Dzięki kilku osobom, które udzielają się na tym blogu, dostrzegam również swoje błędy. Bardzo cenię Wasze wypowiedzi i chcę żebyście to wiedzieli. Dla mnie wszystkie komentarze są budujące, nawet krytyka. Patrząc, jak niektórzy wciąż miotają się na tych swoich levelach, na których są, jestem wdzięczna, że tyle już przerobiłam i tyle już wiem. Dzięki Wam doceniam, to co mam! Także dziękuję wszystkim i każdemu z osobna ;)
A co do Bliźniaka, to przecież wiem, że nie zniknął z powierzchni ziemi, przecież wiem, że JEST. Nie mogę nawet zaśpiewać „gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”, bo doskonale wiem, gdzie jest ;) I nawet nie jest tak daleko. Dzieli nas tylko jeden telefon, jeden SMS ;) To bardzo blisko, prawda? ;)
Czuję, że powoli otwieram dłonie, aby wypuścić motyla… Ile miłości, wiary i zaufania trzeba w sobie mieć, żeby pozwolić odejść temu kogo się kocha, bez robienia z siebie ofiary i męczennika? Jak odważnym trzeba być żeby potem żyć? Jak cierpliwym trzeba być żeby potem czekać na jego powrót, jednocześnie nie zatracając siebie w tym wszystkim? No jak? Nie wiem… Ale powoli zaczynam się o tym przekonywać…
Moje uczucia do Bliźniaka kompletnie się nie zmieniły, a nawet powiem, że czuję, że kocham go bardziej. Znowu bardziej! To jest niebywałe w tym wszystkim :)

Słów kilka

Tak dla przypomnienia ;) Blog ten opiera się na szczerości, na prawdziwych uczuciach, prawdziwych doświadczeniach. Jeśli coś piszę, to nie dlatego, że gdzieś to sobie przeczytałam, ale dlatego, że tego doświadczyłam. Nie jest to jedynie teoria, ale również praktyka. A doświadczyłam różnych rzeczy i stanów emocjonalnych. Od tych naprawdę najgorszych, po te najlepsze, wręcz ekstatyczne.
O tym, że czuję miłość, wiedziałam od początku, choć zaprzeczałam sama sobie na wszystkie możliwe sposoby, gdyż byłam przerażona tym co się dzieje i kto jest obiektem moich uczuć. Z jednej strony chciałam uciekać, a z drugiej tak bardzo czułam, że muszę być blisko. Gdy pierwszy raz usłyszałam w myślach rozmowę między mną, a Bliźniakiem, myślałam, że zwariowałam. Po kilku takich rewelacjach siedziałam w kościele, on wpatrzony we mnie, a ja tak bardzo starająca się nie myśleć nic, żeby przypadkiem nie usłyszał. Bo jakimś cudem wiedziałam, że wie dosłownie wszystko, co myślę i że słyszy, jak szybko bije moje serce albo że mam taki głęboki, przyspieszony oddech. Wydawało mi się nawet, że widzi jak drżę. I pewnie tak było, skoro ja to widziałam w nim…
Nie wiedziałam, że mężczyzna w habicie to mój Bliźniaczy Płomień. Nie wiedziałam nawet, że takie coś istnieje. Zaczęły zachodzić we mnie różne zmiany. Działo się to niezależnie ode mnie, ale czułam, tak strasznie to czułam, że ja muszę być dla niego idealna w tej całej swojej nieidealności. Czułam, że muszę być oczyszczona żeby móc prawdziwie go kochać. Bez żadnej skazy, bez żalu, rozgoryczenia. Na początku oczywiście ego zwyciężało i wielokrotnie miałam postawę roszczeniową. Za wszystko obwiniałam Bliźniaka! O rany, jak często myślałam, że to on ma największy problem, bo jest księdzem, to tylko Bóg jedyny wie. Cały czas tylko narzekałam, że Bliźniak powinien TO, czy TAMTO, bo przecież ja go tak kocham, ja się tak patrzę i zawsze gdzieś tam przy nim jestem. Więc dlaczego do cholery, jest, jak jest?! Nie rozumiałam tego kompletnie. Ale im dalej w las, tym robiło sie jaśniej. Tym więcej rozumiałam. Gdy dowiedziałam się, że jestem Bliźniaczym Płomieniem i mężczyzna w habicie jest moim Bliźniaczym Płomieniem, zaczęłam szukać coraz to więcej informacji na ten temat. Byłam głodna tej wiedzy! Na różnych forach rozmawiałam z różnymi ludźmi w różnych sytuacjach. Wiele razy wylano mi na łeb kubeł zimnej wody, ale jestem za to tak cholernie wdzięczna, bo gdyby nie to, to pewnie dalej bym uważała, że miłość Bliźniaka mi się po prostu należy i koniec. A gucio prawda.
Wiele osób nadal błędnie uważa, że spotykamy Bliźniaka PO TO, aby stworzyć związek idealny. A moi Drodzy, prawda jest zupełnie inna. Spotykamy Bliźniaka PO TO, aby zaczął się w nas proces naprawczy. Abyśmy uzdrowili siebie i relacje ze światem. Żebyśmy we wszystkim widzieli piękno, możliwości. Żebyśmy rano wstawali i mówili „wow, jaki cudowny dzień, zrobię dziś coś fajnego” zamiast „ja pier… znowu muszę wstać i udawać, że żyję…”. Związek z Bliźniakiem to jedynie bonus, gratis za dobrze wykonaną robotę ;) Prawdziwym celem tego wszystkiego jesteś NOWY TY. Ty żyjący tak, jak dyktuje Ci serce, a nie ego.
Najtrudniejsze jest chyba zrozumienie tego, że wygraną w tej grze jesteś tylko i wyłącznie TY, a nie Bliźniak. Gdy zrozumiesz, że w tym wszystkim chodzi właśnie o Ciebie i Twoje życie, to wszystko będzie łatwiejsze.
Ja wiem jedno. Nie zamierzam już sobie pobłażać tak, jak kiedyś. Nie będę siedzieć i ględzić, że jestem taka biedna, nieszczęśliwa, poszkodowana, że jestem taka cacy, a Bliźniak taki bee. Nie jestem do końca cacy, jestem też trochę bee, a Bliźniak nie jest całkiem bee, bo jest też trochę cacy. Nie zamierzam się oszukiwać, że jest inaczej i zamierzam być ze sobą szczera. Totalnie, nawet jeśli zaboli. Tak samo z innymi. Nie będę się z nikim pieszczochać i gładzić po główce, przytakując mu, gdy po prostu pierniczy brednie i farmazony. Nie podoba się? TAM SĄ DRZWI.
Oczywiście, każdy ma prawo do gorszego dnia, bo wiadomo, to normalne, że czasem jest spadek formy, ale ciągle i ciągle i ciągle? NIE. Bierzmy się w garść kochani! Czas na pracę nad sobą i naprawę wszystkiego, co tylko możliwe. Na końcu bowiem czeka nas wspaniała nagroda :) Nowy TY, wspaniałe życie i Bliźniak u boku :) No czego chcieć więcej? :)