Mama wie najlepiej?

Wzruszyłam się dziś, bo moja mama napisała mi taką rzecz… Taką rzecz, której ja właściwie nigdy od niej nie usłyszałam, gdy przeżywałam jakieś rozterki sercowe. Zacznę od tego, że moja mama nie wie, ani o opcji Bliźniacze Płomienie, ani tym bardziej o tym kim jest mój Bliźniak. Baa, nawet nie wiedziała, że jest ktoś na tapecie. Nigdy nie byłam osobą, która ukrywała swoje porywy serca, wręcz przeciwnie, zawsze o nich mówiłam. Mamie też mówiłam, mimo że ona zawsze była na NIE. Kiedyś miałam jej to za złe, a dziś ją rozumiem, bo nie miała łatwego życia i nie chciała żebym powielała jej błędy. Szkoda tylko, że nie widziała, że ja zawsze byłam inna pod tym względem, co zresztą objawiało się w wielu sytuacjach. No, ale mniejsza o większość. Tym razem milczałam. Nie mówiłam kompletnie nic. Gdy w życzeniach pojawiały się słowa „i żebyś znalazła sobie fajnego faceta”, ja się jedynie uśmiechałam, bo przecież serce już wiedziało, że go znalazłam. Trudno było to ukrywać. Szczególnie w momentach, gdy chciałam się poradzić, czy opowiedzieć, co się wydarzyło. A z drugiej strony nie chciałam nikogo urazić faktem, że kocham księdza…
Ale teraz, ten mój stan, to jak się zachowuję, jak wyglądam, jaki mam głos, no musiałam się jakoś wytłumaczyć. Powiedziałam, że mój ukochany wyjechał… Moja mama oczywiście od razu ironicznie powiedziała: dobrze wiedzieć, że w ogóle ktoś BYŁ.
Odpowiedziałam jej, że nic nie jest takim jakim się wydaje i że jak wrócą z urlopu, to wszystko opowiem. Nie naciskała. W poniedziałek była taka sytuacja, że zadzwoniła do mnie i ze zdziwieniem zapytała, dlaczego jeszcze nie zadzwoniłam z życzeniami… W ogóle to do mnie nie dotarło… Jakie życzenia? O co chodzi? I mnie uświadomiła. Głupio mi się zrobiło, bo jak ja mogłam zapomnieć o urodzinach ojczyma, przecież ja ZAWSZE PAMIĘTAM! Przeprosiłam, mówiąc: przepraszam, ale ja nie jestem sobą przez tą całą sytuację i wyjazd mojego ukochanego, ale jak wrócicie, to wszystko opowiem.
Mama się zdziwiła, że aż tak to przeżywam, no ale powiedziała, że OK i że po powrocie się spotkamy i pogadamy.
Jestem jej cholernie wdzięczna, że nie naciska!
No i wracając do mojej początkowej myśli… Dziś do mnie napisała:
- Hejka córciu, jak tam Twe kręgi?
- Kręgi dobrze, ale gorzej z sercem, a właściwie przystosowaniem się do pustki ;)
A ona do mnie (JAK NIGDY!):
- Przykro, ale dasz radę, jak wiele z nas. Kocham Cię!
- Wiem, że dam radę :) Ja Ciebie też :)
Stałam tak z tym telefonem w ręku, patrzyłam na to i nie dowierzałam. Chyba strasznie tego potrzebowałam. Te małe słowa wywołały wielkie łzy. Poczułam kolejny przypływ miłości i nadziei. Wiem, że dam radę i będzie dobrze :) Wiem to! :)

Kocham Cię mamo! <3

Mały sukces

Północ…
Mały sukces – minionej nocy nie płakałam :) Myślę, że dlatego, bo przed snem patrząc na zdjęcie Bliźniaka powiedziałam mu, że nie chcę płakać i być smutna, że go tu już nie ma. Chcę się cieszyć, że się sobie przytrafiliśmy na wieczność całą. Powiedziałam mu, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży i żeby był spokojny, bo w moim życiu nie ma i nie będzie innego mężczyzny. Utwierdziłam go w tym, że kocham tylko i wyłącznie jego. Poskutkowało, bo go bardzo przed zaśnięciem odczuwałam ;)
Będę z nim rozmawiać tak codziennie. Będę mu opowiadać, co u mnie itd. Będę to powtarzać niczym mantrę.

Poszłam na spacer z psem i przechodziłam koło kościoła. Boże, jaką ja straszną pustkę odczuwam, gdy tamtędy przechodzę. To jest naprawdę okropne. Wcześniej tyle emocji, dzwonienie w uszach, przyspieszone bicie serca. A teraz? Teraz nicość…

W czwartek w końcu wracam do pracy, bo półtora tygodnia na zwolnieniu z powodu bólu kręgosłupa, to już za dużo. Zwłaszcza, że wydobrzałam. Ale nie ukrywam, że dobrze mi zrobiło to zwolnienie… Miałam czas na to, aby się z tym wszystkim oswoić. To było istne błogosławieństwo od Boga.
Dziękuję Ci Boże…