Było ich dwoje…

Było ich dwoje – On i Ona. Kiedyś się odnaleźli i teraz żyli jednym wspólnym życiem – czasem słodkim i śmiesznym, czasem słonym, a czasem gorzkim, jednym słowem: zwyczajnym życiem dwojga najzwyklejszych szczęśliwych ludzi.

Byli szczęśliwi, ponieważ byli razem, a to jest znacznie lepsze, niż bycie w pojedynkę. On nosił Ją na rękach, zapalał nocami gwiazdy, budował dom, żeby Ona miała gdzie mieszkać i mogła urządzać ich gniazdko. Wszyscy mówili:
- Oczywiście, że go kocha! Przecież jest ideałem! Z takim mężczyzną łatwo być szczęśliwą!
On i Ona słuchali, uśmiechali się i nikomu nie mówili, że to Ona zrobiła z Niego ideał, że On nie mógł po prostu być inny – przecież był obok Niej. To było ich małą tajemnicą.

Ona czekała na Niego, witała Go i odprowadzała, ogrzewała ich dom, żeby jemu było w nim ciepło i przytulnie. Wszyscy mówili:
- Oczywiście, że nosi ją na rękach! Przecież ona jest stworzona do prowadzenia domu! Nic dziwnego, ze jest taki szczęśliwy!
On i Ona śmiali się i nie mówili nikomu, że Ona jest stworzona do prowadzenia domu jedynie z Nim i tylko Jemu może być tak dobrze w ich domu. To był ich sekret.

On szedł, potykał się, przewracał, rozczarowywał i bywał zmęczony. Wszyscy mówili:
- Do czego on jest jej potrzebny – taki zbity i zmęczony, taki przegrany… Przecież wokół jest tylu silnych, pewnych siebie, zwycięskich…
Nikt jednak nie wiedział, że nie ma na całym świecie nikogo silniejszego od Niego, przecież On i Ona byli razem, a więc byli najsilniejsi. To było Jej tajemnicą.

Ona opatrywała Jego rany, nie spała nocami, smuciła się i płakała. Wszyscy mówili:
- Co też on w niej widzi?! Przecież ma zmarszczki i cienie pod oczami! A tyle wokół młodych i pięknych kobiet!
Ale nikt nie wiedział, że Ona była najpiękniejsza na świecie. Czyż może ktokolwiek przyćmić urodę tej, którą kocha? Ale to było Jego tajemnicą.

Wciąż sobie żyli, kochali i byli szczęśliwi. Wszyscy mówili zdumieni:
- Jakim cudem nie znudzili się sobie przez tyle czasu? To niemożliwe, że żadne z nich nie chce spróbować czegoś nowego!
A oni wciąż nic nie mówili. Po prostu byli tylko we dwoje, a wszystkich było wielu, ale w pojedynkę – gdyby było inaczej, to nie pytaliby o takie rzeczy. Nie jest to przecież żadna tajemnica. To jest to, czego nie da się wytłumaczyć i nie ma nawet takiej potrzeby.

Źródło: 
https://www.facebook.com/Po.Pierwsze.Ludzie?fref=nf

Dążyć do osiągnięcia spokoju

ego mówi

No dobra Kochani, może zagłębmy się teraz trochę w ten cytat. Nie wiem, jak Wy, ale ja dążę do tego, aby odnaleźć spokój. I w tym celu robię różne rzeczy. Nie siedzę z założonymi rękami i nie czekam, aż mój Bliźniaczy Płomień podejdzie pod mój balkon, odśpiewując mi serenadę. Myślę i kombinuję, co by tu zrobić, żeby było dobrze, a nie było źle. Nie poddaję się.

Przede wszystkim musicie sobie zadać pytanie, czego ja tak naprawdę chcę od mojego Bliźniaczego Płomienia. Czy chcę dążyć do tego, aby był mój i tylko mój, czy jednak do tego, abyśmy oboje poznali prawdę o sobie i byli szczęśliwi, tak po prostu. Jeśli chcemy tego pierwszego, no to mamy problem. Tak właśnie myśli i tego chce ego. I założę się, że większość z Was z jednej strony mówi, że jest już oświecona itd. a z drugiej strony jednak czeka na to fizyczne połączenie z Bliźniaczym Płomieniem. A to nie tak kochani. Jedyne na co musimy czekać, to ten wcześniej wspomniany spokój. Do tego musimy dążyć. Skąd ta pewność, że fizyczne połączenie z Bliźniaczym Płomieniem nam to da? Nie jest to w żaden sposób udowodnione, bo z tego, co czytałam, to nawet ci, co się już zjednoczyli, potrafią tak drzeć koty, że o mamo…
Musimy się znaleźć w punkcie, w którym ze 100% pewnością będziemy mogli powiedzieć, że Bliźniaczy Płomień do szczęścia nie jest nam potrzebny. Nie może nami targać ani cielesność, ani uciekający czas. Ma być miłość, ale nie miłość za wszelką cenę. A już na pewno nie za cenę WŁASNEGO szczęścia. Ja osobiście nie chcę siedzieć latami i zastanawiać się, ile jeszcze mam czekać. Chcę żyć normalnie! Mimo, że słowo „normalnie” nie jest już tym „normalnie”, którym było przed spotkaniem Bliźniaczego Płomienia ;)
Oczywiście, że mogą przydarzać się nam chwile zwątpienia, bo to jest wpisane w tą relację. Wszystkiemu winna jest ta energia, która nas łączy. To ona daje nam powera i wprowadza w stan ekstazy, ale również potrafi zranić… Trzeba umieć osiągać wewnętrzną równowagę, bo wtedy możemy odczuć spokój.
Gwarantuję Wam, że im więcej będzie w Was spokoju, tym więcej rzeczy zacznie się układać :)

Zapomnieć o Bliźniaczym Płomieniu się nie da. Przestać myśleć o Bliźniaczym Płomieniu się nie da. Można spróbować uciekać, ale to też nic nie da. Śmierć też nic nie da, bo nawet, gdy umrzesz, a on/ona zostanie na ziemi, to i tak góra z dołem będzie połączona niewidzialną nicią. Jak więc widzisz, nie możesz zrobić nic, żeby od tego uciec. Naucz się więc z tym żyć. Naucz się funkcjonować tak, aby to nie kolidowało z Twoim życiem. Naucz się być szczęśliwym mimo wszystko, bo właśnie o to w tym chodzi :-)

P.S. Nie zapomnijcie podać mi chusteczek, JEŚLI za jakiś czas dopadnie mnie dołek ;D

Julian Tuwim – Niczyj

Niczyj ja jestem na świecie,
Niczyj, jak trawa lub zdrój,
Jam jeno Twój jest i Boży,
Jam Twój.

Jam jeno Twój jest i Boży,
Dzień za dniem podążam w dal,
Jasnemu Bogu spowiadam
Swój żal.

I cicha jest spowiedź moja,
I ciche są moje łzy,
I Bóg mój jest wielką ciszą,
I Ty…

Dzień za dniem na Przyjście czekam,
By mówić o żalu znów,
I płynie smutno rozmowa
Bez słów…

Dzień mój się kończy modlitwą,
Wspominam jasnymi sny…
Wspomnienie o moim Bogu –
- To Ty…

Odwagi

No i wykrakałam sobie i jestem MEGA chora. No, ale cóż… Mniejsza o to. Tak mi po głowie chodzi ta wczorajsza sytuacja z moim Bliźniaczym Płomieniem. Jeszcze niedawno był w stanie powiedzieć mi „dzień dobry”, a wczoraj już nie. Zabawne to wszystko. Dorosły facet, a zachowuje się, jak dziecko… I tak się zastanawiam ile czasu jeszcze będzie tą gierkę ze mną ciągnął. Potrafi non stop się na mnie gapić, a jak przychodzi, co do czego, to milczy. I założę się, że gdy emocje już opadną, to siedzi sam w swoim pokoju, czy gdziekolwiek i pluje sobie w brodę, że kolejny raz nic nie zrobił. Kolejny raz nie miał odwagi. Nie, nie obwiniam go, bo ja też wielokrotnie nie miałam odwagi nic zrobić, ale jednak kilka razy odważyłam się „wejść do paszczy lwa”.
Ech, kochanie, kochanie :) ODWAGI! :) Ja i tak Cię kocham mój Ty wstydziochu :)

No i masz :D Zdążyłam się wylogować, a tu taki cytat mi się napatoczył:

Wielkie czyny dojrzewają w chwilach milczenia.
- R. W. Emerson

Kocham znaki od Boga :D

Niespodziewana niespodzianka dzisiejszego dnia

Niespodziewana niespodzianka mnie dziś spotkała :D Ale po kolei. Kupiwszy w aptece lekarstwa na moje mega przeziębienie, które mnie dopadło (a właściwie obstawiam, że to już nawet przeziębienie nie jest, a zapalenie gardła), ruszyłam do domu, po drodze przypominając sobie, że zapomniałam kupić chusteczek higienicznych. Takim oto sposobem trafiłam do osiedlowego sklepu, do którego miałam dziś nie iść. Stwierdziłam jednak, że skoro już tu jestem, to zrobię większe zakupy, tak na wszelki wypadek, gdybym się bardziej rozłożyła. Obeszłam więc sklep, sięgając po wszystko co mi najpotrzebniejsze i ruszyłam do kasy. Stojąc przy kasie zrobiło mi się strasznie dziwnie. Jakieś takie dziwne uczucie mnie ogarnęło i poczułam, że muszę odwrócić się do tyłu. Zrobiłam to i zamarłam na chwilę, bo zobaczyłam swój Bliźniaczy Płomień przy półce z piciem :D W pierwszej chwili pomyślałam, że mam omamy chorobowe :D Ale, gdy pakowałam resztę do siatki znowu poczułam to dziwne coś i odwróciłam się w bok. Tym razem jednak dobrze widziałam, że to był ON, we własnej osobie :D Tak, chciałam stamtąd wybiec! :D Wszystko przez tą energię, której nadal nie ogarniam ;) Z kolei on dokładnie wiedział kto pakuje te zakupy, kto stoi parę centymetrów od niego, a kto wie, może nawet wiedział, że ja, jak zwykle o tej godzinie będę właśnie w tym sklepie. Po roku czasu powinien mieć już cały grafik moich powrotów z pracy ;D hahaha
W każdym bądź razie mój ukochany, tak bardzo był zdenerwowany tym faktem, iż jestem tak blisko, że ominął mnie szybko i nawet mi „dzień dobry” nie powiedział :D :D :D Jedynie co, to ukłonił się jakiejś pani z dziećmi, która powiedziała do niego „Szczęść Boże”. I tu mi się przypomina kolejna rzecz, o której muszę napisać. Zauważyłam, że gdy jestem przy nim, to jakoś trudno mu wymawiać te wszystkie zwroty kościelne… A dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Bo przy mnie nie czuje się księdzem! I on bardzo dobrze już to wie…
To, co poczułam widząc go „w cywilu”… WOW… no po prostu WOW :) W końcu był sobą! Totalnie sobą. I taki mój.
Wkrótce będzie musiał wziąć się w garść, bo poważna rozmowa tuż, tuż i będziemy musieli stanąć naprzeciwko siebie, twarzą w twarz. Nie będzie to łatwe dla żadnego z nas, ale dla własnego dobra będziemy musieli temu sprostać.

Śnił mi się!

„Znam ze snu Twe usta i oczy Twoje znam,
Jak we śnie tę samą masz postać,
nawet uśmiech ten sam…”

Śnił mi się! :) Śniło mi się, że spotkaliśmy się w jakimś bardzo ładnym miejscu, ale nie wiem, czy to był park, czy ogród, czy może skraj lasu. Usiedliśmy na murku i najzwyczajniej w świecie przyznaliśmy się sobie, co do siebie czujemy. Bez ukrywania wzruszenia i owijania w bawełnę. Tak po prostu. Mieliśmy potem porozmawiać o tym, co dalej robimy z tym wszystkim, jak to wszystko poukładamy żeby było dobrze, ale obudziłam się. Ta kwestia pozostaje więc nadal otwarta. Ale przecież jeszcze tyle snów przed nami. No a poza tym mamy rzeczywistość, w której wszystko jest coraz jaśniejsze i głośniej domaga się rozmowy na żywo. Wydarzenia ostatnich dni kolejny raz dały mi pewność, co do tego, że musimy porozmawiać. On też już tego bardzo chce. Wiem i czuję to. Powiedział mi to w myślach i potwierdził oczami :)

P.S. A wiecie, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że mój Bliźniaczy Płomień nigdy nie śnił mi się w jakiejś dziwnej sytuacji. Wszystkie sny z nim są jak najbardziej realne. Zupełnie tak, jakby były rzeczywistością. Jakbyśmy naprawdę spotykali się gdzieś w jakimś prawdziwym miejscu. A nasze rozmowy, czy sytuacje, w których się znajdujemy, to wszystko jest niczym z życia wzięte.
Sny to fajna sprawa, bo póki co, to jedyne miejsce, gdzie bezkarnie możemy się mieć ;)

Miałam Cię przez tyle godzin…

No i nie wyrobiłam się z tym wpisem jeszcze przed północą, no ale cóż ;) A wszystko przez to, że powtórka „Uwierz w ducha” mnie ciut rozproszyła ;)

Miałam Cię przez tyle godzin, przez tyle dni, że teraz zastanawiam się, jak wrócę do codzienności, w której na pewno będzie Ciebie mniej. Mniej fizycznie ;) Na szczęście na poziomie duchowym jesteś zawsze ze mną i manifestujesz to :) Dziś dwa razy widziałam Cię w postaci błękitnych błysków i kilka razy „dzwoniłeś” mi w uszach :) Ponadto, gdzie nie spojrzałam, widziałam Twoją twarz. Byłeś również pod powiekami :) Dziękuję za to, że mogę Cię ciągle czuć.
Czy spotkam Cię dziś we śnie? A może po prostu Twoja połowa duszy przycupnie cichutko przy moim łóżku i będzie na mnie patrzeć… Bezszelestnie tak, strzegąc mnie, jak najcenniejszy skarb.
Bez problemu mnie dziś znalazłeś. Radar działa ;) Uszczęśliwiłeś mnie spojrzeniem i miłością płynącą z Twojego serduszka. Tak bardzo Cię kocham. Z każdym dniem coraz bardziej i w dalszym ciągu zastanawiam się, jak to możliwe :)

Boże, dziękuję Ci za tego wspaniałego mężczyznę. Dziękuję za to, że każdego dnia mogę go kochać i czuć tą miłość na każdym kroku. Dziękuję też za wiarę, cierpliwość i światło, bo bez tego ani rusz.

Być przy nim w tak ważnych momentach…

Jest parę minut po północy, jakieś pół godziny temu wróciłam z kościoła. Kocham Triduum Paschalne i to wszystko, co wiąże się z przygotowaniem do Wielkanocy. Ze wszystkich świąt kościelnych, Wielkanoc, to najpiękniejszy czas dla mnie…
Ale tak naprawdę nie o tym chcę napisać. Chcę napisać o tym, że bycie przy moim Bliźniaczym Płomieniu w tak ważnych momentach, to jest coś czego nic innego nie jest w stanie mi dać. Być obok niego przed obliczem Boga, tego, który nas stworzył, który dał nam tą miłość, to najcudowniejsza rzecz na świecie. Czułam dziś tyle miłości, że mogłabym nią cały wszechświat ze sto razy obdzielić i jeszcze mnóstwo zostałoby dla mnie ;)
W tak wielkim skupisku ludzi, jakim jest kościół nie bardzo można sobie pozwolić na gapienie się na siebie. Aczkolwiek ja i mój Bliźniaczy Płomień coraz bardziej kompletnie nic sobie z tego nie robimy ;) Na szczęście w obojgu nas zachowały się jeszcze resztki racjonalnego myślenia i czasem odwracamy wzrok. Jednak te chwile, gdy wzrokiem z powrotem wracam do niego, a on już na mnie patrzy z tym ogromem miłości w oczach i na twarzy… nie dość, że zapiera mi dech w piersiach, porusza wszystkie motyle w brzuchu, to jeszcze sprawia, że zapominam o tym, co jest wokół mnie. Dziś patrząc na niego doznałam całkowitego zaniku pamięci i zapomniałam połowy modlitwy! Gdy zorientowałam się, że przestałam mówić i nawet nie wiedziałam, co mam dalej mówić, to zrobiło mi się głupio. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się pod nosem :D A żeby było śmieszniej, to ja nawet nie rozumiałam, co ludzie mówią. Zupełnie tak, jakbym nie rozumiała przez chwilę języka polskiego. To było dość dziwne doświadczenie…
W każdym bądź razie wszystko po chwili wróciło do normy. Ciekawe czy jeszcze coś ma zamiar mnie zaskoczyć? ;)

Korzystając z okazji chcę Wam wszystkim życzyć, abyście tegoroczne Święta Wielkanocne przeżyli najlepiej, jak tylko możecie. 
Niech nastrój tych Świąt przybranych wiosenną radością i beztroską, utrwali się w Waszych sercach na długi czas i pozostanie z Wami także w poświątecznej codzienności :)
Niech Pan Bóg Wam błogosławi!

Wielka Sobota jako Dzień Kobiet

Wiem, że większość osób, które odwiedzają tego bloga, to kobiety. Wiem też, że większość Bliźniaczych Płomieni, które mają odwagę mówić o tym wszystkim, to kobiety. Bo to właśnie my, mimo wszystko, jesteśmy silniejsze niż mężczyźni. To my zawsze jesteśmy gotowe do poświęceń, to my kochamy zawsze i na zawsze. TO MY.
Po przeczytaniu poniższego artykułu powinno zrobić się lepiej niektórym z Was. Zagłębcie się w słowa Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czy widzicie w tym to, co ja? Na pewno :)


Całe życie Jezusa wypełnione jest delikatną obecnością kobiet, ich wrażliwością, wiarą, miłością i ogromną siłą. W szczególny sposób są One obecne podczas Jego męki, śmierci i Zmartwychwstania.

Najpierw żona Piłata (pamiętajmy, poganka) odważnie mówi swojemu mężowi: „Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu” (Mt 27, 19). Musiał wiedzieć, że to nie czcze kobiece gadanie, nie przewrażliwienie, ale ostrzeżenie i jej wsłuchane w Prawdę serce. Umył ręce, nie chcąc zanurzać ich w krwi Niewinnego, ale jednocześnie nie miał w sobie dość siły, by się przeciwstawić.

Później na Drodze Krzyżowej zjawiły się płaczące niewiasty i Weronika czule wycierająca Jego twarz. A potem Krzyż.

A pod krzyżem Jezusowym stała Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria Kleofasowa oraz Maria Magdalena (J 19, 25). One tam są! Trzeba było nie lada odwagi, aby tam być. A raczej – trzeba aż takiej miłości, jaką one miały, aby tam być…” (kard. Stefan Wyszyński)

Odwaga, by wyjść przed tłum, nie bacząc na spojrzenia i wyzwiska. Nie przejmując się tym, jak były postrzegane przez obcych, ale też swoich, tych, którzy chwilę wcześniej zwątpili – w Niego, w Jego misję i w samych siebie.

Odwaga, by nie odwracać głowy i nie chować się przed własnym sercem, które krwawi, które nie chce uczestniczyć w tej męce, w tej samotności,  które wolałoby ukryć się gdzieś w bezpieczniejszym miejscu, ukołysać się do snu i zamknąć oczom powieki, bo tak przecież łatwiej i lżej. Czego oczy nie widzą przecież…

Odwaga, by przezwyciężyć nie tylko ludzkie spojrzenie, ale i własne słabości, swoją kobiecą emocjonalność i kruchość..

I ta ich miłość jak koło napędowe odwagi.

One pozostały, nawet od grobu nie odeszły. Miłość nigdy nie odchodzi. (…) Wiedzione miłością i jakąś wewnętrzną mądrością, trwają wiedząc, że nie wszystko się skończyło, że trzeba tu być, choćby w bólu i ze łzami. (…) One nie odejdą, chociaż straże uciekną i wszyscy się rozproszą. One będą czekały i doczekają się… Zmartwychwstania.” (kard. Stefan Wyszyński)

Ich miłość wypróbowana, doświadczana, utrudzona, stojąca przed krzyżem, niosąca swój własny krzyż, wsparta o obecność drugiej i o moc samego Stwórcy, Ta, która wszystko przetrzyma, nawet własne upadki i odeprze kołatające myśli wbrew nadziei, ta, która nie tylko współweseli się z prawdą, ale z niej czerpie siłę.

Wielką Sobotę nazywamy Dniem Kobiet! Przecież one tego dnia zwyciężyły swoją wierną miłością, odwagą i wiarą, nie zaś Apostołowie, którzy – gdy ich Mistrz utrudzony spał w grobie – pozamykali się w różnych kryjówkach, w strachu przed Żydami.” (kard. Stefan Wyszyński)

One zwyciężyły, one też zostały nagrodzone w poranek wielkanocny, to one pierwsze ujrzały Tego, którego kochały. One pierwsze miały nieść Dobrą Nowinę. One o niej świadczyły. One same były częścią tej Dobrej Nowiny – że można tak kochać. Że miłość nigdy nie wątpi, że miłość potrafi góry przenosić i zwycięża śmierć, i jest Życiem i Życie daje.

Daj mi Panie, taką odwagę, taką miłość i taką gotowość, by świadczyć o prawdzie.

Źródło: 
http://sercekobiety.pl/index.php/blog/blog-kasi/item/101-zwyciezyly-miloscia-odwaga-i-wiara