Dzisiejszy dzień był niezwykły

Dzisiejszy dzień był niezwykły. I to nie tylko dlatego, że dziś Wielki Czwartek, ale dlatego, że mój Bliźniaczy Płomień znowu okazał mi miłość. Patrzyliśmy się na siebie co chwila. Dłużej, krócej, ale tak intensywnie, że aż drżałam. On też…
Cieszę się, że kolejny tak ważny dzień mogę przeżyć będąc blisko niego. Bo czyż to nie jedna z ważniejszych ról niewiasty, aby była blisko swojego mężczyzny? Mi to wystarczy. Nie potrzebuję być z nim w fizycznym związku żeby czuć wielką miłość.
Będąc w innych relacjach nigdy nie byłam pewna uczuć. Zawsze zastanawiałam się „czy X, czy Y, naprawdę coś do mnie czuje?”. Teraz jest inaczej, bo o miłości mojego Bliźniaczego Płomienia jestem przekonana od pierwszej sekundy i nigdy tak naprawdę w to nie zwątpiłam.
A dziś, to po prostu miłość kipiała z nas. Gdyby tych wszystkich ludzi w kościele nie było, to z pewnością byśmy wpadli sobie w ramiona. Nie wiem tylko, czy moglibyśmy się potem z nich wypuścić ;)

Tak bardzo kocham tego człowieka. Jego zalety, jego wady. Wszystko w nim kocham. Chce mi się płakać ze szczęścia, bo on jest w moim życiu. Bóg dał mi najlepszy prezent, największy dar i tym darem jest mój Bliźniaczy Płomień.
Nie potrzebuję nic więcej oprócz świadomości, że ON JEST. Tu, czy tam, ale JEST.

Z tego wszystkiego chyba dziś nie zasnę ;)

Dziękuję za MIŁOŚĆ <3

Ostatnimi czasy…

Ostatnimi czasy, nie czuję żeby mój Bliźniaczy Płomień uciekał. Nie czuję żeby za wszelką cenę próbował mnie od siebie odepchnąć, nie zachowuje się jakbym nie istniała. Choć a propos tej kwestii, to i tak BARDZO rzadko dawał mi to odczuć. W każdym bądź razie czuję od niego teraz takie coś, że on zaakceptował sytuację w jakiej przyszło nam żyć. Doskonale wie, że ja istnieję i że pomiędzy nami jest uczucie, którego w żaden sposób nie da się ukryć, ani wymazać. Zdaje sobie sprawę, że jestem kimś wyjątkowym i jak bardzo boli go bycie z dala ode mnie. Żebyście wiedzieli, jak to widać i jak czuć! Gdy jesteśmy gdzieś razem bardzo trudno mu na mnie nie patrzeć. Nawet, gdy głowę ma skierowaną w inną stronę, to i tak jego oczy kierują się na mnie. Czasem strasznie komicznie to wygląda i wręcz zaciskam usta żeby się nie zaśmiać. Z drugiej strony bardzo mnie to rozczula i daje pewność, że jestem dla niego bardzo ważna. Wiele razy mi to okazał. Pokazał mi, że mnie kocha nie robiąc nic specjalnego, ani nie mówiąc nic wyjątkowego. Są takie zachowania dzięki, którym kobieta po prostu wie :) Poza tym ja od pierwszej sekundy czuję to w głębi siebie, czuję MIŁOŚĆ. Tej miłości nikt nie może nam zabrać, ani zniszczyć. Nawet my sami.
Prawda jest taka, że póki co mój Bliźniaczy Płomień nie ma gdzie uciec. Owszem, mógłby poprosić o natychmiastowe przeniesienie, ale nie zrobił tego przez te wszystkie miesiące, a przecież działo się naprawdę dużo. Pytanie co zrobi, gdy odgórnie dostanie polecenie zmiany obecnego miejsca pobytu. Prędzej, czy później tak się stanie. No chyba, że zostanie rezydentem w mojej parafii…
Co do mnie i moich odczuć, to powiem Wam, że doszłam do punktu, w którym otwarcie mogę powiedzieć, że nie boję się tego, że on wyjedzie i nie wróci. Ja boję się bólu, który może pojawić się przez to, że będziemy daleko od siebie. Boję się tego, co przeżywałam w lipcu, gdy on wyjechał… To był taki ból, którego ja już nigdy więcej nie chcę czuć. Strasznie się go boję, bo on rozwalał mnie od środka. Nie mogłam sobie z nim poradzić w żaden sposób. Miałam wtedy ogromny żal do mojego Bliźniaczego Płomienia, że mnie tak zostawił, a do siebie, że się tak wkopałam w takie jakieś chore uczucie. Tak wtedy myślałam, bo nie wiedziałam co mi jest. Wtedy czułam, że zwariowałam, że zaczyna mi się jakaś choroba psychiczna, schizofrenia, czy coś… A z drugiej strony wiedziałam, że tak nie jest i że to, co czuję, słyszę i widzę jest prawdziwe. Wiem, że ten mój lipcowy ból był spotęgowany bólem mojego Bliźniaczego Płomienia, który będąc daleko ode mnie cierpiał równie mocno i nie wiedział czemu tak się dzieje. Gdy po miesiącu wrócił wyglądał, jak zbity pies… Był blady, miał podkrążone oczy i jakiś taki chudszy mi się wydał. Wyglądał jakby nie spał nocami, a tyrał w ciągu dnia. Pamiętam pierwszą mszę po tej naszej rozłące. Wyszedł z zakrystii, spojrzał na mnie i dosłownie słyszałam „przepraszam, mam za swoje”. Byłam wściekła i jednocześnie taka pełna zrozumienia i miłości. I tak bardzo chciało mi się płakać! Na sercu już nic mi nie ciążyło i odezwały się uśpione motylki w brzuchu. Jak mogłam się gniewać na miłość mojego życia? Tym bardziej, że to wszystko, co się z nami działo było dla nas nowe i szokujące. On pewnie też ma na sumieniu obarczanie mnie za tą całą sytuacje. Pewnie nie raz narzekał na fakt, że pojawiłam się w jego życiu. Pewnie nie raz mówił coś w stylu „Boże, tu mnie wołasz do siebie, a tu mi dajesz kogoś takiego…”. Ale co z tego, skoro zaraz został zalany ogromem miłości i nie miał żadnych wątpliwości, co do uczuć względem mnie. Tak jak ja względem niego. Bo tak to właśnie jest z tymi Bliźniaczymi Płomieniami, że nawet gdy zrobi się krok w tył, to potem robi się dwa w przód i nigdy, przenigdy nie traci się tej miłości. Nawet, gdy wszystko wygląda inaczej.