Bliźniaczy Płomień – życiowa nauczka

Wiecie Drodzy, kiedyś non stop zastanawiałam się dlaczego Bóg dał mi tą miłość i dlaczego on musi być akurat księdzem… Pytałam o to Boga z wyrzutem i ze łzami w oczach. Tak było przez pierwsze miesiące, gdy nie wiedziałam co mi jest. Mówiłam, że przecież mogłam zakochać się w każdej innej osobie, w strażaku, w dentyście, w robotniku drogowym, w chłopaku rozdającym ulotki, w urzędniku, w koledze… A ja musiałam zakochać się akurat w księdzu. To wszystko było dla mnie niezrozumiałe i nielogiczne. I w ogóle nie rozumiałam, dlaczego ja, taka zagorzała zwolenniczka gadania różnych niefajnych rzeczy na kościół i księży, nagle do jednego z nich zapałałam tak wielką miłością. Nawet nie wiedziałam, że można aż tak kochać! A myślałam, że o miłości wiem już wszystko… Naiwna ja…
Byłam w wielu krajach, sądząc, że skoro w Polsce nie mogę znaleźć ukochanego, to może za jej granicami kiedyś mi się poszczęści. A popatrzcie… wystarczyło jedynie przejść przez ulicę i pójść do kościoła! No, ale oczywiście, on nie od zawsze tam był. W naszej parafii jest dopiero zaledwie kilka lat. Do dziś zastanawiam się, czy widzieliśmy się wcześniej, zanim nastąpił moment naszego przebudzenia. Bo jak wiecie, Bliźniacze Płomienie mają to do siebie, że ich drogi się często przecinają w ten, czy inny sposób. Ja z moim Bliźniakiem mogliśmy się chociażby mijać w sklepie… A może było tak, że to on mnie pierwszy dostrzegł z oddali i zobaczył we mnie coś znajomego. Może czekał aż pewnego dnia zjawię się na mszy… Tak, czy siak rozpoznaliśmy się podczas naszego „pierwszego spotkania”. Tak naprawdę, to ja sama nie wiedziałam, co pamiętam, skąd go znam, ale wiedziałam, że ZNAM, jak nikogo innego na tym świecie. No i ta miłość, która dosłownie w jednej sekundzie zalała mnie całą. Gdy tylko usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, już wtedy czułam coś dziwnego… i to znajome już dziś, a nieznajome jeszcze wtedy bicie serca, oznajmujące mi jego bliskość… Jedną z myśli, która pojawiła się wtedy było: „Dlaczego on ma na sobie habit? Przecież on nie jest księdzem, tylko nauczycielem…”. Sama się sobie dziwiłam, że jestem tego taka pewna. Możecie sobie jedynie wyobrazić, jak wyglądała moja mina, gdy dowiedziałam się, że faktycznie nim jest… To jest coś, co ciągnie się za nim z poprzednich wcieleń. Wiem to na pewno, bo to pamiętam. On ma w sobie ogromną mądrość, to takie doświadczenie, które zdobywa się z poprzednich żyć. Ja też mam tą mądrość. Wiele razy od różnych ludzi, w różnych odstępach czasu, na przełomie różnych lat, słyszałam, że jestem nad wyraz mądra, jak na swój wiek. A wszystko dlatego, że mam STARĄ DUSZĘ. On też.
Mam starszą duszę niż moja babcia, niż moja mama. Wiem, że pewnie dla niektórych to dziwnie brzmi, ale tak jest. Nie jesteśmy ciałem, które ma duszę. Jesteśmy duszą, która ma ciało. W każdym wcieleniu jest ono inne, ale jest coś dzięki czemu możemy się rozpoznać i być rozpoznani. To nasze oczy :) Nie przypadkiem powstało to powiedzenie, że „oczy są zwierciadłem duszy”, bo tak jest naprawdę. Możecie nie pamiętać dosłownie nic z poprzednich wcieleń, ale wystarczy jedno spojrzenie w jakieś konkretne oczy i zaczynacie sobie przypominać, zaczynacie odczuwać więź z tą osobą :) Temat duszy, to tak naprawdę temat rzeka, może kiedyś go jeszcze poruszę, a tymczasem wróćmy do mojej pierwszej myśli…
Ponieważ w dalszym ciągu mam lekkie zaniki pamięci ;) (o tym napiszę za jakiś czas, a propos PRZEBUDZENIA DUCHOWEGO), to w tym momencie nie pamiętam ani gdzie, ani kiedy, przeczytałam bardzo ciekawą rzecz, że aby Bliźniacze Płomienie mogły się rozpoznać, niezbędne jest zwrócenie się obojga ku Bogu. Możesz nawet do końca nie być świadomym tego, że coś Tobą tak wstrząsnęło, że naprawdę nie masz już wyjścia, no i co? Jak trwoga, to do Boga.
Ja akurat miałam tą świadomość, że właśnie znalazłam się w tak głębokim dołku, że nawet światło dzienne tam nie dociera… Ja wiedziałam, że NIKT inny nie zdoła mi pomóc, że nikt nie powie nagle kilku magicznych słów i problem zniknie. Wiedziałam, że teraz to jedynie Bóg może mi pomóc. Strasznie odpychałam od siebie myśl o pójściu do kościoła, ale Bóg miał inny plan i jednak się tam znalazłam. Wierzę i wiem, że przez osobę, która tego konkretnego dnia prowadziła mszę, przemawiał sam Bóg. Wierzę w to całym sercem. Tą osobą nie był mój Bliźniaczy Płomień, ale jego dobry przyjaciel, człowiek, który dla mnie jest tak prawdziwy w swym kapłaństwie, jak nikt inny. Nawet moja znajoma, która go wcześniej nie znała, a miała okazję z nim szczerze porozmawiać, powiedziała, że jest niesamowity. Nie bez powodu pojawił się w moim życiu :) I jestem Bogu bardzo za niego wdzięczna :)
Wracając do tematu, że niezbędne jest zwrócenie się obojga ku Bogu, no to zobaczcie sami, mój Bliźniaczy Płomień już był z nim blisko, a ja musiałam przejść tą całą drogę, żeby w końcu poczuć, że muszę iść do kościoła. A gdy już tam poszłam, tak zostałam i teraz nie wyobrażam sobie życia bez modlitwy, bez pójścia tam. Bóg pomógł mi pokonać wiele barier w życiu. Barier, które sama sobie gdzieś tam, kiedyś tam postawiłam. Barier, które myślałam, że są nie do przeskoczenia. Ale jak widać, nic nie jest niemożliwe dla Boga. Gdy zmieniłam hierarchię własnych wartości, zmieniło się moje życie. Dziś jestem szczęśliwa. NAPRAWDĘ SZCZĘŚLIWA.
A tak poza tym, to myślę, że Bóg dając mi miłość mojego życia w postaci księdza, dał mi cudowną życiową nauczkę. KOCHAJ BLIŹNIEGO SWEGO, JAK SIEBIE SAMEGO, bo tak naprawdę nie wiesz skąd przyjdzie pomoc, skąd przyjdzie zrozumienie, skąd przyjdzie miłość.