Zanim się dowiedziałam

Zanim dotarłam do informacji, co tak właściwie mi jest, co nam jest, przeszłam najgorsze chwile w życiu. Myślałam, że wariuję, że umrę przez to. Że Bóg kolejny raz pokarał mnie takim beznadziejnym CZYMŚ! Najgorzej było ze mną w lipcu 2013 r. …
Myślicie, że wiecie, co to jest depresja? Nie, nie wiecie. Nie wiecie nic! Ja myślałam, że wiem mając w pamięci pewne zdarzenia z mojej przeszłości, ale nie, to nawet nie była namiastka tego, co czułam, gdy na miesiąc straciłam kontakt z moim Bliźniaczym Płomieniem. Nie wiedziałam gdzie jest, co robi, ale czułam straszne cierpienie i żal. Codziennie przez miesiąc wypłakiwałam hektolitry łez. Moje biedne ciało było od środka poddawane nieznajomej formie bólu. Czułam, że jeszcze chwila i rozpadnę się na kawałeczki. Tak strasznie za nim tęskniłam, nazywałam siebie idiotką, kretynką, że tak beznadziejnie zakochałam się w księdzu. Codziennie błagałam Boga żeby się nade mną zlitował i żeby mi pomógł, bo ja już nie umiem sobie pomóc i nie wytrzymam tego cierpienia ani chwili dłużej. Byłam w tak wielkiej rozpaczy, w takiej rozsypce, w czymś takim, czego nigdy nie zaznałam. Żaden ból nie był temu równy, ani żadna tęsknota też nie. Wyłam, dosłownie wyłam i jęczałam z bólu na przemian…
Zamknęłam się w sobie i udawałam, że jest OK, a nie było, bo w mojej głowie zaczęły pojawiać się najgorsze myśli. Nie będę ukrywać, że nie przeszło mi przez myśl skończenie ze sobą… Myślałam o tym, jak o czymś, co pozwoli mi się uwolnić z tej sytuacji, a co najważniejsze przyniesie kres temu okropnemu bólowi…
W końcu jednak Bóg się nade mną zlitował. Chyba już nie mógł znieść patrzenia na to, jak zalana łzami dzień po dniu, zwijam się z bólu, czy to na dywanie, czy na łóżku… Pewnego dnia podrzucił mi mały trop w postaci hasła „ZWIĄZEK KARMICZNY”. Zaczęłam szukać i już w pierwszym otwartym linku znalazłam kolejny trop, kolejne hasło – BLIŹNIACZY PŁOMIEŃ.
No i się zaczęło…
Przeczytałam, co to jest i po czym to poznać… i się rozbeczałam… Dosłownie wypisz, wymaluj wszystko to, co działo się na przestrzeni ostatnich miesięcy. Wszystko się zgadzało, a ja beczałam z radości, że w końcu wiem i z żalu, że dlaczego tak późno… Tak wiele rzeczy zrozumiałam. Tak wiele rzeczy z całego mojego życia się wyjaśniło. Wszystko składało się w logiczną całość. Nieudane związki, bóle głowy, widzenie synchroniczności, czyli liczb typu 11:11, 14:14, czy 111 lub 555. Wszystko, dosłownie wszystko się zgadzało. Nagłe budzenie się w nocy, jakieś inne przypadłości. Myślałam wielokrotnie, że jestem chora, ale ja po prostu przebudzałam się duchowo. I nadal się przebudzam, a on razem ze mną, bo mimo że jest księdzem, to i tak musi nad sobą popracować. Zwłaszcza teraz, gdy w jego życiu pojawiłam się ja…
Dla mnie on od samego początku ani na księdza nie wyglądał, ani tym księdzem nie był. Ja w nim kogoś takiego nie widzę. Ja w nim widzę moją drugą połowę, część mnie. Najbardziej pasował mi do niego zawód nauczyciela i takim go „pamiętałam”, ale nie wiedziałam skąd. Możecie sobie jedynie wyobrazić moją minę, gdy okazało się, że z wykształcenia jest właśnie nauczycielem…
Wiele rzeczy o nim wiedziałam zanim zaczęło się okazywać, że tak naprawdę jest. Ale skąd to wszystko mogłam wiedzieć… Nikt mi tego nie powiedział, ani nie było o tym napisane w internecie… Z takich bardziej dziwnych rzeczy, to on i ja jesteśmy do siebie podobni fizycznie. Kosmyki włosów, a raczej można rzec, niesforne kosmyki włosów układają nam się identycznie i nawet mamy bliznę w tym samym miejscu…
Do dziś zastanawiam się ile razy mogłam się z nim mijać, gdzieś na osiedlu… Przecież kościół jest nieodłączną częścią osiedlowego krajobrazu, a ja non stop tamtędy chodziłam, czy to do pracy, czy gdziekolwiek. Tylko, że za każdym razem, gdy widziałam jakiegoś księdza, to spuszczałam głowę albo odwracałam się w drugą stronę… Być może to on mnie dostrzegł pierwszy. Być może wypatrywał na mszach. Może miał nadzieję, że jeszcze kiedyś mnie spotka. Może to on wiedział o wszystkim wcześniej niż ja…
Nie będę kłamać, że nie myślałam o nim, jak o typowym uwodzicielu, bo myślałam tak. Ale ilekroć tak myślałam, moją głowę przeszywała myśl, że WCALE TAK NIE JEST! No dobrze – myślałam – to ma kryzys wieku średniego, pomieszany z kryzysem powołania. Ale tu też czułam, że to nie tak. Zupełnie jakby ktoś sprowadzał mnie na właściwy tok myślowy. Bardzo długi czas czułam się totalnie zagubiona, bo żywiłam uczucia do księdza, a z drugiej strony czułam, że to wcale nie jest tak, jak wygląda.