Mój Bliźniaczy Płomień

Zaczęłam pisać tą notkę i już od razu dziwna rzecz się stała, a mianowicie dostałam SMSa od wróżki, jednej z tych, co to tak przysyłają krótkie wiadomości, nagabując na pisanie do nich i płacenie kasy za każdym razem. W treści, poza numerem na jaki odesłać wiadomość, było napisane: „ Wiem na 100% ,że ta osoba nocą o Tobie myśli, ciągle o Tobie fantazjuje…”. Ktoś pomyśli „Ja też dostałem taki SMS no i co?”. Otóż to, że w życiu nie ma przypadków i nic nie dzieje się bez przyczyny. A już na pewno nie w życiu osoby, która spotkała swój Bliźniaczy Płomień.
Pewnie tym wpisem oburzę wielu ludzi. Szczególnie tych bardzo związanych z kościołem… Ale fakty mówią same za siebie i proszę Was jedynie o to, żebyście nie patrzyli na wszystko w kategoriach „czarne jest czarne, a białe jest białe”. Nic nie jest takim jakim się wydaje. Świat, który nas otacza jest pełen takich cudów, o których ludziom się nawet nie śniło. A żeby je dostrzec, trzeba się oczyścić i otworzyć swoje serce na Boga.

17.02.2013 r.
Była to niedziela i miała to być zwyczajna niedziela, ale pierwsza niedziela zgodna z przykazaniem „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. A jak ja dawno tego nie robiłam… Bóg jedyny wie.
Do kościoła miałam iść na godz.11.00, jak za starych dobrych czasów, ale zmęczenie wzięło górę, a mój leń zwyciężył i poszłam na 18.30. Niczego się nie spodziewałam, bo czego można się spodziewać po mszy… Tzn. ja czekałam na kolejną porcję mądrego przekazu i miałam cichą nadzieję, że pojawi się ten ksiądz, któremu tak wiele zawdzięczałam. Niestety nie pojawił się, a msza mijała spokojnie. Znowu czułam się przepełniona bożą miłością i czułam, że On się cieszy, że jestem. Mszę prowadził znany mi z poprzednich dni ten sam skład i po tygodniu powoli przestawałam czuć się, jak UFO, a i ich widok nie był mi już obcy.
Po komunii, której niestety jeszcze wtedy nie przyjmowałam, wszyscy wstali, a mi nagle zaczęło dziwnie serce bić. I ogólnie dziwnie się poczułam. Nie rozumiałam skąd ten stan. Wtem drzwi zakrystii się otworzyły, spojrzałam w prawo i najzwyczajniej w świecie… ZAMARŁAM! Z zakrystii wyszedł mężczyzna… ksiądz… z lekko potarganymi włosami na czubku głowy, tak jakby dopiero co wstał. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przestałam na chwilę oddychać, a to co poczułam przeszło moje najśmielsze pojęcie o czymkolwiek… Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie przekonanie, że kocham tego mężczyznę! Że go znam, jak własną kieszeń i że on zna mnie! W tamtej chwili pomyślałam, że nie obchodzi mnie kim on jest, co robi i skąd jest. Był mój, a ja jego i należeliśmy do siebie. Poczułam, że łączy nas tak wiele, że wiemy o sobie wszystko i że jesteśmy identyczni. Dlaczego takie coś poczułam? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam natomiast, że szukanie właśnie się zakończyło, bo go znalazłam. Mojego ukochanego, moją drugą połówkę, człowieka, który jest mi przeznaczony, człowieka, z którym połączył mnie Bóg. Nie rozumiałam dlaczego tak się czuję, ale wiedziałam, że w końcu czuję się kompletna, CAŁA, a brakujący kawałek mnie wrócił na swoje miejsce.
Wszystko, co myślałam, że wiem na temat miłości od pierwszego wejrzenia, baa, wszystko co myślałam, że wiem na temat miłości, zniknęło, bo dopiero w tej jednej chwili poczułam co to jest PRAWDZIWA MIŁOŚĆ. To uczucie rozlało się we mnie, jak gorąca czekolada. Wypełniło mnie po brzegi, dając od razu poczucie bezpieczeństwa, troski i wielkiej miłości. Poczułam się tak kochana, jak nigdy w życiu. Nigdy od nikogo nie czułam tak wielkiej miłości, jak od tego człowieka, który się przed chwilą zjawił. Czułam i wiedziałam, że kocha każdą cząstkę mnie, każdą zaletę, każdą wadę i każdy centymetr mojego ciała i duszy. Czułam, że ja jestem nim, a on mną i że kochamy się od bardzo dawna, jak stare dobre małżeństwo z wieloletnim stażem.
Patrzyłam na tego człowieka i nie widziałam w nim księdza. Widziałam w nim po prostu swojego ukochanego mężczyznę. Nie spuszczałam z niego wzroku, ale on początkowo mnie nie zauważył. Dopiero, gdy wszedł po schodkach na mównicę, zanim zaczął cokolwiek mówić, spojrzał od razu na mnie i zastygł w bezruchu. Minę miał zszokowaną, jakby nie dowierzał w to, co widzi, jakby czekał na tę chwilę od lat. Nie wiedziałam dlaczego w tamtej chwili usłyszałam słowo JESTEŚ i odpowiedziałam w myślach JESTEM…
Po chwili zaczął mówić to, co miał do powiedzenia, ale i tak co chwila spoglądał na mnie, a ja nie odrywając od niego wzroku, próbowałam sobie przypomnieć skąd mogę go znać. Moje serce biło nieznanym mi rytmem, moje ciało dziwnie się trzęsło, a ja czułam, że kocham całą sobą. Jemu co chwila drżał i załamywał się głos. Mylił się w tym co czytał. Widać było, że jest zdenerwowany. Nie wiedziałam skąd, ale czułam, że to przeze mnie. Wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego, ale nie wiedziałam co, a on jeszcze podsycił to wszystko, bo wychodząc odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. Zupełnie tak, jakby nie mógł się napatrzeć.
Do domu wracałam jak śnięta, jakby nie wiem co dobrego mnie spotkało. Ale w miarę zbliżania się do bloku, zaczęłam myśleć racjonalnie… Przecież to ksiądz!!!
Jak to możliwe, że ja, JA, taka anty i w ogóle, jak ja mogłam zakochać się w księdzu?! Ale czy na pewno się zakochałam? No tak no, czego, jak czego, ale tego byłam pewna w 100%.
Będąc już w domu, usiadłam w ciemnym pokoju i płakałam. Nie rozumiałam z tego wszystkiego nic. Nie ogarniałam całej tej sytuacji. I co teraz będzie? Co ja mam robić? Nie wiedziałam… Bałam się tego, co się ze mną dzieje, a jednocześnie byłam tak cholernie szczęśliwa, że go znalazłam. To tak dziwnie brzmiało „że go znalazłam”, a ja w ogóle go szukałam? Zawsze czułam, że gdzieś tam jest ktoś mi przeznaczony. Ten jeden jedyny. Nawet będąc w innych związkach, czy nawet, gdy na horyzoncie pojawiał się potencjalny kandydat na chłopaka, to od razu załączało się to pytanie:
-A co będzie, jeśli przez to, że się zwiążę z X, czy Y, przeoczę mojego Z, który jest mi pisany?
Dlatego właśnie wiele moich relacji nawet się dobrze nie zaczęło, bo ja cały czas na coś czekałam, ale nie wiedziałam na co. A w tej jednej chwili, w tym ułamku sekundy, poczułam, że to właśnie ON i że czekałam na niego tyle czasu… z wzajemnością…
Kolejne dni przynosiły same dziwne zdarzenia pomiędzy mną, a nim. I mimo, że dziś wiem, iż coś takiego jak „zbiegi okoliczności” nie istnieją, to wtedy tak to nazywałam.
Normalny ksiądz nie zachowuje się tak, jak on się zachowywał, a życie normalnie nie serwuje tylu zbieżności, ile nam serwowało.
Jedna z takich przedziwnych i przecudownych chwil zdarzyła się kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu, gdy jak zwykle poszłam do kościoła na wieczorną mszę. Wiedziałam, że tego dnia miały się zacząć jakieś rekolekcje, ale nie spodziewałam się aż takiego tłumu!
Chwyciłam za klamkę drzwi do kruchty, wchodzę, a z przeciwnej strony, od wnętrza kościoła drzwi się otwierają i do kruchty wchodzi ON. Stanęliśmy naprzeciwko siebie i szok. Patrzymy się sobie w oczy i słyszę w myślach rozmowę:
-O Boże, przyszłaś…
-No przyszłam…
-Cieszę się, że Cię widzę.
-Ja też.
I widzę, jak lekko mu się usta otwierają i chce coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział nic, a ja sięgnęłam w tym momencie po wodę święconą. Cofnął się do kościoła, a ja pomyślałam, że to dziwne, bo wyglądał, jakby miał wyjść… Prawie całą mszę myślałam o tym, jak on na mnie patrzył w tej kruchcie i jak ja musiałam wyglądać, patrząc na niego. Jeśli miałam równie wielkie i błyszczące oczy, jak on, a podejrzewam, że tak właśnie było, no to ciekawie ;)
Podczas komunii jakimś cudem pojawił się nagle tuż obok mnie. Piszę „jakimś cudem”, bo było tyle ludzi, że ja naprawdę nie wiem, jak on się przecisnął aż na sam koniec. Chyba się tam teleportował ;) W każdym bądź razie zjawił się obok mnie i tak stał i dawał komunię, zerkając na mnie co chwila. Tłum strasznie napierał na mnie i byłam coraz bliżej i bliżej niego. W myślach wręcz krzyczałam:
-Nawet nie podchodź do mnie z tym komunikatem! Nawet się nie zbliżaj! Ja nie jestem jeszcze gotowa! Odejdź stąd!
I nagle rzucił mi takie przedziwne spojrzenie i zaczął się oddalać. Zatkało mnie… Czyżby mnie usłyszał?! Ale przecież to niemożliwe!!! Wracając do domu nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, ale jednak siedząc w pokoju, gapiąc się tępo w jeden punkt, wybuchnęłam płaczem. Przez tą całą sytuację zaczęłam w internecie szukać historii z serii „Zakochany ksiądz”, „Zakochana w księdzu”. Wiele ich przeczytałam. I takich z happy endem i dość tragicznych, gdzie po całym takim zdarzeniu z dziewczyny zostaje wrak człowieka. Czułam, że te historie są mi bliskie, bo przecież kochałam księdza i z niewyjaśnionego powodu wiedziałam, że on mnie też, ale nie było mowy o jakimkolwiek wykorzystaniu i porzucenie. Kompletnie!
Ja od pierwszej chwili wiedziałam, że to wielka i prawdziwa miłość, a on mi dawał wiele powodów do tego, żeby tak właśnie myśleć. A jednak płakałam często…
Mimo, że przez pierwsze miesiące nie zamieniliśmy ze sobą słowa, to czułam, że my się porozumiewamy telepatycznie. Wiedziałam kiedy był radosny, kiedy smutny, kiedy zły, kiedy zmęczony i wiedziałam, że on również wie to o mnie. Jeden z pierwszych wierszy, które o nim napisałam był właśnie o tym, że boję się cokolwiek myśleć, żeby on nie usłyszał moich myśli… Wiem, że je słyszy, że je zna, że rozmawia ze mną i nie jest to żaden wytwór mojej wyobraźni. Wiem to od zawsze, tak samo jak to, że od zawsze go kocham i należę tylko i wyłącznie do niego.
Nie wiedziałam, że można tak kochać. Nie wiedziałam, ze można się tak czuć i przeżywać takie rzeczy, jakie ja przeżywam odkąd go spotkałam. Dziś jestem mądrzejsza o mnóstwo doświadczeń, po wielu przeżyciach, a co najważniejsze wiem, jak to się nazywa – BLIŹNIACZY PŁOMIEŃ

*Bliźniacze Płomienie lub inaczej Bliźniacze Dusze (z ang. Twin Flames), to dwie połówki tej samej całości. Jedna dusza w dwóch ciałach.

To dlatego od początku czułam, że jesteśmy tacy sami i że znamy się na wylot. To dlatego od pierwszej chwili go kocham. Bóg nas stworzył, a my potem się rozdzieliliśmy, żeby pobrać różne życiowe lekcje na ziemi, ale obiecaliśmy sobie, że się znajdziemy. I tak też się stało, znaleźliśmy się.