Jak to się zaczęło (cz.2)

Kilka dni po tym zdarzeniu, jak grom z jasnego nieba spadła informacja o śmierci mojego ulubionego, starszego sąsiada. To był naprawdę mocny cios. Bardzo mnie to uderzyło, bo nigdy nie myślałam, że mogłoby go kiedyś zabraknąć…
Mimo, że od kilku lat byłam totalnie anty nastawiona do kościoła i wszystkiego co z nim związane, to nie wyobrażałam sobie, że na jego pogrzeb mogłabym nie iść.
-Pójdę choćbym miała zwolnić się tego dnia z pracy – myślałam.
No ale koniec końców nie musiałam się zwalniać, bo pogrzeb odbył się w sobotę,
9 lutego 2013 r.
Muszę się przyznać, że szłam do tego kościoła ze strachem. Bałam się, że ludzie będą mnie wytykać palcami, myśląc, że przyszła ta, co ma kościół za nic. Ale przecież skąd mogli wiedzieć? I w ogóle niezrozumiałe dla mnie było to, że ja, ta dziewczyna, która od lat olewała kościół, nagle ma wyrzuty sumienia…
Serce mi waliło, gdy tam weszłam. Miałam w sobie mnóstwo emocji. Usiadłam z przyjaciółką w ostatniej ławce. Chciałam być, jak najbardziej niewidoczna…
Siedząc, cały czas starałam się rozgrzać, pocierając dłoń o dłoń, bo było niemiłosiernie zimno w tym kościele. Nagle rozbrzmiał dzwoneczek, msza się zaczęła, a ja nawet nie spojrzałam w tamtą stronę. Dopóki ksiądz się nie odezwał.
Najpierw podniosłam wzrok, potem głowę. Na mównicy zobaczyłam niewysokiego człowieka, który w pierwszej chwili wydał mi się podobny do jednego z celebrytów. Po chwili jednak zrobiło się poważnie, tuż po czytaniu, gdy zaczął mówić kazanie… Nie wiem, czy jestem w stanie to opisać, bo nawet teraz łzy wzruszenia dają o sobie znać, ale postaram się. Otóż słowa tego niepozornego księdza otworzyły we mnie takie drzwi, które były do tej pory zamknięte na wszystko, co dotyczyło kościoła. Zaczęłam rozumieć. Zapragnęłam słuchać. Chciałam chłonąć tą wiedzę. W oczach pojawiły mi się łzy i poczułam, że serce mi się otwiera. Poczułam Boga. Poczułam, że Bóg mnie wzywa, że cieszy się, że jestem. Czułam to w głębi duszy, takie dziwne ciepło i światło. Czułam, że z każdym oddechem powietrze dociera do każdej mojej komórki, że dotyka każdego nerwu, że otula każdy mięsień. Czułam jakby ktoś mnie mocno do siebie tulił i jakby mówił, że już nie pozwoli mi odejść…
Płakałam, gdy z kościoła wynosili trumnę z ciałem sąsiada w środku, a wszystko to było spotęgowane silnymi reakcjami, które zaczęły zachodzić w moim wnętrzu. Nie rozumiałam z tego nic. KOMPLETNIE.
Patrzyłam na tego księdza i aż mi było głupio, że tak mu się przyglądam, ale ja po prostu szukałam w nim jakiejś odpowiedzi na to, co mi „zrobił”.
Przez lata wiele rzeczy do mnie nie docierało, a on wszystko w słowa ubrał tak, że zmieniło mi się totalnie myślenie. Czy tak w ogóle można? Najwidoczniej można.
Przez cały pogrzeb o tym myślałam, w drodze powrotnej do domu o tym myślałam, w domu o tym myślałam. I co było najdziwniejsze, tak bardzo ciągnęło mnie do kościoła. Nie rozumiałam dlaczego i toczyłam ze sobą walkę, którą zresztą przegrałam w poniedziałek, 11 lutego 2013 r.
Tego dnia cały czas w głowie miałam to, że po pracy pójdę na wieczorną mszę. Szłam do kościoła i tak naprawdę nie wiedziałam po co i dlaczego… Szczerze nie trawiłam kościoła, więc zastanawiałam się skąd ta nagła zmiana teraz…
Weszłam do środka i znowu to samo uczucie, znowu to samo bicie serca, co dwa dni wcześniej. I ten głos w głowie, który mówił, że w końcu jestem.
-Co mi jest?! -myślałam.
Usiadłam nieopodal ołtarza. Nie za blisko, ani nie za daleko. Patrzyłam na ołtarz, patrzyłam na schody i przypominały mi się stare, dobre czasy, gdy w dzieciństwie zawsze chodziło się na msze, na godz.11.
W końcu zaczęła się msza. Wyszli trzej księża, a ja żadnego nie znałam. Było mi głupio. Moja parafia, a wszystko i wszyscy tacy obcy. W tym ja. Zaczęłam dostrzegać swój błąd, że zostawiłam kościół i że tak źle o nim mówiłam. Baa… Zaczęłam wszystko dostrzegać… Nawet niedostrzegalne…
Księża patrzyli na mnie trochę, jak na kosmitę. Z wzajemnością. Niestety nie było wśród nich „mojego księdza”, ale co tam. Do domu wracałam przepełniona jakąś dziwną energią. Jakbym się obudziła i była pełna werwy. Ale w domu… W domu płakałam, bo nie wiedziałam i nie rozumiałam dlaczego tak bardzo chcę być w kościele, dlaczego tak bardzo mnie tam ciągnie, dlaczego rozumiem słowa księży i dlaczego nagle one mają sens. To piękne i zarazem straszne uczucie towarzyszyło mi przez tydzień. Strasznie wtedy zasłuchiwałam się piosenką Justin’a Timberlake’a – Mirrors. Ten kawałek bardzo do mnie docierał, a słuchając go zamyślałam się i miałam łzy w oczach. Nawet o tym wspomniałam na swoim starym blogu, dnia 16 lutego 2013 r. ,nie spodziewając się kompletnie, że ta piosenka dnia następnego nabierze nowego znaczenia i że sam dzień 17 luty 2013 r. NA ZAWSZE odmieni moje życie, a wszystko co było przedtem, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

2 Komentarze

  1. a jak u mnie się zaczeło ?
    Zimowa sobota w lutym 2003 roku.
    Wraz z narzeczoną, teraźniejszą żoną pojechaliśmy na zimowy kulig organizowany przez firmę gdzie wówczas pracowała.
    Miejscowość jak się teraz dla mnie okazuje jest miejscem karmicznym, ale to wyszło dopiero po wielu latach.
    Piękny zimowy dzień, fantastyczna rodzinna atmosfera.
    Pierwszy raz w tego dnia: piłem grzane piwo z prawdziwymi korzeniami, pierwszy raz jadłem dzika,pierwszy raz pieściłem się z narzeczoną na śniegu przy zamarzniętym wodospadzie, pierwszy raz tańczyłem na stole w karczmie, to wszytsko wten dzień. Dzień jak z bajki niczego mi nie brakowało. Taki zimowy dzień już nigdy mi się nie powtórzył.
    Późnym wieczorem wracając do domu, znajomi z którymi byliśmy na ów imprezie zaprosili nas jeszcze na koniaka. W sumie jeszcze nie miałem przyjemności pić, więc się zgodziłem choć z małymi oporami. Bardziej mnie narzeczona namawiała niż ja chciałem iść. Ale dobra czego się nie robi …. Siedzimy przy stole w kuchni, szczeliłem kieliszek tego koniaka, pierwszy i ostatni raz jak się okazało, nie smakował mi wogóle, okropny był. Przyszły jakieś dzieci, które wcześniej znałem przywitały się. Nagle narzeczona do mnie mówi, zawołajcie …. (BP) ty jej jeszcze nie widziałeś. Ja mówię napewno widziałem nie musicie jej wołać, dajcie jej spać. Obróciłem głowę w stronę drzwi, stanęła w progu młoda śliczna, o czarnych oczach i kręconych włosach jedenastoletnia dziewczyna. Zamurowało mnie, w pierwszej sekundzie spojrzenia nastąpiło starcie pomiędzy duszą a ego.
    Dusza powiedziała do dziś dźwięczy mi to w uszach:
    „Zostanie moją żoną”
    a Ego zaczeło od razu wymieniac argumenty przeciw:
    że jest dziesięć lat młodsza, że masz plany, że masz narzeczoną, że kariera w innym kraju przed Tobą itd,
    Dusza już się nie odezwała.

    Po jedenastu latach dusza spokojnie przejeła władzę a ego czasami się wychli jak niedobity partyzant.

    Nie wiem jak moja Dusza chce tego dokonać ale proszę ją każdego dnia o miłość dla niej i dla mnie.

  2. To niesamowite, że Bliźniaki zawsze mają tą dziwną pewność, co nie? :)
    Ja też wszystkiego byłam pewna od pierwszej sekundy, mimo że kłóciło się z tym moje racjonalne myślenie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.